niedziela, 22 marca 2015

I znowu to samo...

Granolowe szaleństwo trwa! Tym razem jej nowa odsłona - wersja wiosenna (można by rzec mocno dziewczyńska).

Granola truskawkowo - kokosowa:
Płatki owsiane górskie (2-3 szklanki)
Otręby żytnie (pół szklanki)
Sezam (3/4 szklanki)
Migdały (całe lub w słupkach, ilość - wedle uznania)
Miód lipowy (lub jakikolwiek inny, byle nie gryczany - musi być delikatny)
Olej kokosowy (pół szklanki)
Sól morska (duża szczypta)
Esencja waniliowa (duża łyżka)
Sok z pomarańczy lub jabłkowy (1 szklanka)
Truskawki liofilizowane
Płatki kokosowe (2 duże garści)




W rondelku rozpuszczamy olej kokosowy i miód.
Jeśli zamiast całych migdałów używamy słupków, to podpiekamy je osobno - na złoty kolor (wystarczy kilka minut w 180 stopniach). To samo robimy z płatkami kokosa (podpieczony kokos staje się cudownie chrupiący).

Suche składniki (oprócz truskawek i podpieczonych migdałów oraz płatków kokosa) łączymy w misce. Zalewamy sokiem, a następnie olejem, miodem i esencją waniliową. Całość mieszamy i wykładamy na 2 blaszki wyłożone papierem do pieczenia.
Wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni na około 40 minut. Regularnie mieszamy (ewentualnie zmniejszamy temperaturę), żeby granola równomiernie się podpiekła (a nie spaliła!).

Po upieczeniu odstawiamy do ostygnięcia. Dodajemy cząstki truskawek, kokos i migdały.

A potem już tylko musimy się powstrzymać, żeby nie jeść jej o każdej porze dnia i nocy.

Granola w tej wersji  jest niesamowicie smaczna, delikatna, lekko kwaskowa. Truskawki, wanilia i kokos tworzą tercet nie aż tak egzotyczny, ale za to bardzo dopasowany.





niedziela, 1 marca 2015

Bułka z masłem

Nie jestem wielbicielką bułek. Jem je raz, może dwa razy do roku. Najbardziej na świecie kocham chleb - ten na zakwasie, domowy, upieczony przez konkretną osobę, a nie bezimiennego piekarza.
Jeśli już stwierdzam, że mam ochotę na bułki, to piekę je sama - z tego oto przepisu.


Składniki:
350 g mąki pszennej
60 g mąki ziemniaczanej
20 g cukru
1,5 łyżeczki soli morskiej
1 jajko
230 ml mleka
30 g drożdży
40 g miękkiego masła
czarny sezam (do posypania wierzchu)

Dodatkowo: jajko do posmarowania bułek przed pieczeniem

Łączymy mąki z cukrem i solą.
Mleko lekko podgrzewamy, a następnie rozpuszczamy w nim drożdże. 
Łączymy wszystkie składniki i zagniatamy miękkie, elastyczne ciasto. 
Odstawiamy na 1 godzinę do wyrośnięcia.
Po godzinie dzielimy ciasto na 10 części i zaplatamy bułki: formujemy wałek, robimy z niego pętelkę, a końce zawijamy pod spód. Kształt ma przypominać formę kajzerki (proponuję nie przejmować się tym, że wyjdą lekko koślawe - tak jak na załączonym obrazku). Smak i delikatność miąższu bułki wynagrodzi wszelkie estetyczne niedoskonałości.

Uformowane bułki układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Odstawiamy na 30 minut. Przed wstawieniem do piekarnika smarujemy jajkiem rozmąconym z odrobiną śmietany lub mleka. Posypujemy makiem, solą morską, ziołami lub sezamem.

Pieczemy 20 minut w 180 stopniach.


Najlepiej smakują wyjęte prosto z piekarnika. Jednak, żeby upiec je na weekendowe śniadanie, trzeba się mocno poświęcić. Gra warta jest świeczki.

poniedziałek, 26 stycznia 2015

O blogowaniu, szczęściu i kotletach* rybnych.

Stwierdzam, że moje "blogowanie" nosi cechy choroby afektywnej dwubiegunowej. Otóż potrafię tygodniami nie interesować się blogiem (wręcz go unikać), żeby nagle przejść w fazę maniakalną i w ciągu 24 godzin ni stąd, ni zowąd  wyprodukować 3 posty niemal jednocześnie (całe niedzielne przedpołudnie gotując, robiąc zdjęcia i pisząc powiązane teksty). Robię jedno, a myślę już o drugim, trzecim, czwartym...
W tym momencie piszę ten tekst i gotuję zupę z dyni (w zasadzie eksperymentuję, bo będzie to nowa jej wersja). 
Jak długo potrwa ten stan? Nie wiem, ale kryzys zapewne nadejdzie. Póki co, korzystam z przypływu pomysłów, chęci i sił.
Wczoraj kolejny raz przekonałam się, że to, co najprostsze, może dać wiele radości - w wymiarze kulinarnym. "Kotlet rybny" - wiem, brzmi to przaśnie, niepoważnie i staroświecko. W dobie kuchni molekularnej nie wypada o tym nawet mówić, a co dopiero jeść.
Wszystko wskazuje na to, że jestem staroświecka, zacofana i nie znam się zupełnie na kulinarnych tendencjach. Wczoraj jedząc na obiad kotlety rybne z surówką z kiszonej kapusty, poczułam szczęście absolutne. To było jak objawienie. Dawno nic mi tak nie smakowało!



Kotlety rybne (proporcje na 8 średnich kotletów)
filet z łososia (250 g)
1 łyżka masła
kilkanaście kropel sosu sojowego + sosu rybnego
4 średnie ziemniaki
1/2 fenkułu
2 ząbki czosnku
średnia cebula
1 jajko
przyprawy: sól, pieprz, słodka papryka, chilli, kmin rzymski,
natka pietruszki (dużo!)
mąka
olej rzepakowy do smażenia

Łososia (cały filet) dusimy na maśle razem z sosem rybnym i sojowym, 1 ząbkiem czosnku (całym), połową cebuli, 1/4 fenkułu.
Gdy ryba jest już gotowa, odstawiamy ją do ostygnięcia, a następnie pozbawiamy skóry i ości.
Ziemniaki gotujemy w osolonej wodzie, a następnie ugniatamy widelcem na gładką masę.
Pokrojoną drobno cebulę, czosnek i fenkuł podsmażamy na oleju rzepakowym.
Łączymy mięso łososia z ziemniakami. Dodajemy  usmażoną cebulę, czosnek i fenkuł oraz przyprawy: utłuczone w moździerzu ziarna kminu, paprykę, pieprz, natkę pietruszki oraz sól (jeśli całość nie jest wystarczająco słona). Na koniec dodajemy jajko.
Z gotowej masy formujemy średniej wielkości kotleciki, które przed smażeniem obtaczamy delikatnie w mące.
Smażymy na oleju rzepakowym na złoty kolor. Po zdjęciu z patelni przekładamy na papierowy ręcznik, aby pozbyć się nadmiaru tłuszczu.

Kotlety świetnie współgrają z surówką z kiszonej** (!) kapusty (z marchewką, jabłkiem, cebulą, oliwą z oliwek, pieprzem)





* W zasadzie powinnam użyć określenia "kotleciki", ale mam awersję do wszelkiego rodzaju zdrobnień - nie posiadam "pieniążków", nie jadam "kotlecików", ostatnio nawet "kawusi" pijam jakby mniej.

**Kiszonej, a nie "kwaszonej". Skąd wziąć kiszoną kapustę, skoro w sklepach dostępna jest jedynie jej marna podróbka? Trzeba kisić ją samodzielnie lub znać kogoś, kto to robi. Ja jestem szczęściarą, bo znam kogoś takiego.

niedziela, 25 stycznia 2015

Rzecz o kompulsywnym pieczeniu granoli...

Czy to już obsesja? Czy jestem uzależniona?
Nie wiem która to już wersja granoli w moim wykonaniu. Chyba straciłam rachubę. O tej porze roku (wróć, o różnych porach roku!) zawsze, ale to absolutnie zawsze nachodzi mnie ochota, żeby mieć ją pod ręką.
Sprawdza się jako dodatek do jogurtu na śniadanie, albo po prostu, kiedy poczuję nieodpartą ochotę na coś słodkiego. Wtedy zakradam się do kuchni i zanurzam rękę w pewnej puszce, której podstawową funkcją jest właśnie przechowywanie granoli.




Wszystkie granole, które kiedykolwiek przygotowałam (a było ich naprawdę sporo) łączą trzy stałe elementy: płatki owsiane górskie, sezam i migdały - bez nich granola po prostu mi nie smakuje. Reszta jest zmienna. Tym razem - w ramach eksperymentu - dodałam jeszcze pestki dyni, otręby żytnie, suszone wiśnie, sok jabłkowy oraz miód gryczany. Do tego jeszcze olej kokosowy, szczypta cynamonu oraz sól morska.
Wszystkie smaki genialnie się połączyły. Upiekła się idealnie: jest złota, chrupiąca i bardzo aromatyczna. Będę się nią chwalić i dzielić (w ramach uciszania wewnętrznego głosu, że to jednak jest uzależnienie), z tymi, którzy również są jej wielbicielami, ale twierdzą, że nie potrafią jej robić. Dokonamy wymiany towarów. Domowa granola w zamian za domowy chleb na zakwasie - to chyba całkiem niezły deal?!





sobota, 24 stycznia 2015

I o co właściwie ta awantur(k)a?


Awanturka z makreli (wersja z twarogiem)*
pół makreli (obranej ze skóry i pozbawionej ości)
duża łyżka twarogu
czarny pieprz (dużo!) i sól (wedle uznania)




Awanturka z makreli (wersja pomidorowa)**
pół makreli (obranej ze skóry i pozbawionej ości)
duża łyżka keczupu (albo pasty/koncentratu pomidorowego)
szczypta ostrej papryki
duża szczypta słodkiej papryki
pieprz i sól wedle uznania

Obie pasty przygotowujemy w podobny sposób - wszystkie składniki rozgniatamy widelcem.








* Pewnie niektórych zdziwi połączenie ryby z twarogiem - a nie powinno!
** Pomidorowa pasta z makreli to klasyk - przynajmniej w moim domu , choć w wersji, którą pamiętam dodawano jeszcze masło(!) - dla mnie to jednak zbyt wiele szczęścia, więc masło trafia pod pastę, na chleb - najlepiej pszenno - żytni (razowy) na zakwasie.

Złota rybka...

Złota Rybko, spełnij moje trzy życzenia!
No dobrze, spełnij dwa...
To może chociaż jedno?

Bo jak nie, to zrobię awantur(k)ę!


c.d.n.

niedziela, 18 stycznia 2015

Owsianka daktylowa dla łyżwiarki - amatorki

Uświadomiłam sobie właśnie, że są chyba tylko dwie rzeczy, które bezsprzecznie świadczą o tym, że aktualnie obowiązującą porą roku jest zima. Słońce może świecić na bezchmurnym niebie, powietrze może pachnieć wiosną, ptaki mogą krzyczeć..., ale skoro ja jem na śniadanie owsiankę, a ponadto mam wiecznie ochotę, żeby jeżdzić na łyżwach, to znak, że zima jednak trwa w najlepsze.

Nigdy nie lubiłam oglądać łyżwiarstwa figurowego, ale pamiętam, że kiedyś było to bardzo polpularne zajęcie statystycznej polskiej rodziny (zwłaszcza jej żeńskiej części). W czasie zawodów, mistrzostw, igrzysk olimpijskich... wiele matek zasiadało przed telewizorami i oglądały: skoki, piruety, podwójne axle i potrójne tulupy... Zazwyczaj działo się to w niedzielne przedpołudnie, więc mężowie, dzieci, rosoły, czy pieczone kurczaki szły w odstawkę - musiały cierpliwie poczekać.
Jako dziecko unikałam oglądania tych popisów, ale jednemu nie mogłam się oprzeć. Kiedy do akcji wkraczał pewien znany, polski łyżwiarz, wtedy ja zasiadałam na moment przed ekranem. Łyżwiarz ten miał być naszym "pewniakiem", miał zawsze wygrywać, miał być naszą dumą i wizytówką, ale jakoś tak zawsze bywało, że ... mu nie wychodziło. A ja oglądałam jego występ tylko po to, żeby liczyć jego upadki. Wiem, to okropne. Powinnam się wstydzić i nadal się tego wstydzę. Poniosłam za to jednak zasłużoną karę, bo jakiś czas potem, pewnego pięknego dnia (a miało to miejsce w trakcie trwania zimowych Igrzysk - jeśli dobrze liczę - w Lillehammer!), jazda na łyżwach w moim wykonaniu zakończyła się spektakularnym upadkiem oraz niezbyt przyjemną kontuzją.

Zła karma wraca! Panie łyżwiarzu - bardzo Pana przepraszam za moje skandaliczne zachowanie. Pan  - w przeciwieństwie do mnie - umiał przynajmniej ładnie upadać - z godnością i bez fizycznych konsekwencji.

Na łyżwach jeżdżę nadal i bardzo to lubię, choć unikam piruetów, a co za tym idzie również spektakularnych upadków.

Co zatem zjeść na śniadanie, żeby mieć wystarczająco duzo energii, a jednocześnie czuć się wystarczająco lekko, by móc jeżdzić przynajmniej przez godzinę w rytm nie do końca szczęśliwych dźwięków - raz w jedną, ... raz w drugą stronę? Otóż w moim przypadku jest to owsianka - na przykład daktylowa...
 

Owsianka daktylowa (jedna średnia porcja):
3 łyżki płatków owsianych (górskich)
2 duże daktyle
garsć migdałów
2 suszone śliwki
2 łyżki gęstego jogurtu
1/3 kubka gorącej wody
płaska łyżeczka miodu gryczanego
szczypta cynamonu

Płatki owsiane, pokrojone daktyle i śliwki mieszamy w małej misce, a następnie zalewamy gorącą wodą. Odstawiamy na noc (albo przynajmniej na 20-30 minut). Rano dodajemy jogurt wymieszany z miodem. Całość mieszamy. Dodajemy posiekane migdały (mogą być podprażone) oraz szczyptę cynamonu.

A potem zakładamy kurtkę, czapkę, szal, rękawice, zarzucamy łyżwy na plecy i kierujemy się w strone najbliższego lodowiska.



 


poniedziałek, 29 grudnia 2014

Bakłażan z bulgurem według Yotama O.

Święta, święta i po świętach... Znam pewną rodzinę, w której panuje tradycja wypowiadania tych słów wcześniej niż nakazuje przyzwoitość lub zdrowy rozsądek, czyli mniej więcej po podzieleniu się opłatkiem i zjedzeniu wigilijnej wieczerzy, ale jeszcze przed rozdaniem prezentów.
Święta minęły, emocje opadły, prezenty spowszedniały, nikt nie wypatruje już pierwszej gwiazdki, czyli to znak, że świąteczne potrawy na rok mogą zniknąć z naszych talerzy (no! może oprócz piernika, którym zamierzam się jeszcze cieszyć przez kilka dni).
Zapragnęłam czegoś "normalnego" - bez grzybów, bez kapusty i nie w formie śledzia. Nie musiałam zbyt długo się zastanawiać - mój wybór padł na bakłażana z kaszą bulgur, masą przypraw, oliwkami, migdałami i rodzynkami. Uwielbiam go! Jestem chyba nawet lekko od niego uzależniona.

Przepis pochodzi z książki "Jerusalem" Autorzy: Yotam Ottolenghi i Sami Tamimi.




Przepis:
2 rozgniecione ząbki czosnku
2 łyżeczki kuminu
2 łyżeczki mielonej kolendry (według oryginalnego przepisu - ja nie dodaję)
duża szczypta chilli
1 łyżeczka słodkiej papryki
skórka otarta z 1 cytryny
140 ml oliwy z oliwek
2 średnie bakłażany
150 g kaszy bulgur
50 g rodzynek sułtanek
liście kolendry i mięty (zimą zastępuję je dużą ilością natki pietruszki)
50 g zielonych oliwek (pokrojonych)
30 g podprażonych migdałów (w przepisie - bez skórek, ja dodaję migdały wraz z skórką)
3 cebulki dymki (ja dodaję je wyłącznie w wersji letniej, zimą po prostu nie dodaję wcale)
sok z cytryny
120 g jogurtu greckiego (ja nie dodaję)

Bakłażany myjemy i przecinamy na pół. Środek nacinamy nożem - w kratkę. 

Włączamy piekarnik - rozgrzewamy do 180 st.

W małej miseczce (lub w moździerzu) łączymy rozgnieciony czosnek, kumin, kolendrę, chilli, słodką paprykę, skórkę z cytryny, 2/3 oliwy z oliwek i 1/2 łyżeczki soli.





Wierzch bakłażanów smarujemy oliwą z przyprawami, przekładamy na blaszkę wyłożoną pergaminem lub do naczynia żaroodpornego i pieczemy około 40 minut (aż bakłażan zmięknie).

W tak zwanym międzyczasie gotujemy kaszę bulgur (w osolonej wodzie). Po ugotowaniu kaszy dodajemy: rodzynki, pokrojone migdały i oliwki, dymkę, sok z cytryny, sól, kolendrę z miętą (lub natkę pietruszki) oraz pozostałą oliwę z oliwek. Całość mieszamy.

Kaszę serwujemy na ciepłych bakłażanach. Możemy również dodać jogurt grecki.

Moim zdaniem bakłażan w takiej postaci to mistrzostwo!


sobota, 13 grudnia 2014

Piernik, orzechy i balet - zrób sobie atmosferę!

Mam świadomość, że ten przepis jest już mocno spóźniony, a podawanie go 13-go grudnia jest zwykłym pierniczeniem o pierniku. Najwidoczniej jestem już starym piernikiem i skleroza sprawiła, że nie opublikowałam tego postu na czas. Z drugiej jednak strony uważam, że piernik smakuje najlepiej po świętach, kiedy minie już cały ten szał, odejdziemy od stołów, strawimy to, co strawić powinniśmy, emocje opadną, zdejmiemy odświętne ubrania i wrócimy do naszej codzienności. Wtedy właśnie piernik smakuje najlepiej.
Sam przepis nie jest skomplikowany, ale wymaga planowania, bo trzeba zacząć przygotowania na kilka tygodni przed pieczeniem. Bez niego w moim domu nie ma świąt!




Piernik (dojrzewający)*
1/2 kg miodu
2 szklanki cukru
250 g masła
1 kg mąki
3 jajka
3 łyżeczki sody
1/2 szklanki mleka
1/2 łyżeczki soli
2-3 opakowania przyprawy do piernika

W rondlu podgrzewamy miód, cukier i masło - aż wszystkie składniki się rozpuszczą i połączą. Odstawiamy do ostygnięcia, a następnie przelewamy do ceramicznej miski (w której ciasto będzie dojrzewało przynajmniej 3 tygodnie). Dodajemy mąkę wymieszaną z solą i przyprawami. Sodę rozpuszczamy w zimnym mleku i dodajemy do reszty składników. Dodajemy jeszcze jajka i mieszamy całość do momentu połączenia się składników. Miskę przykrywamy folią spożywczą i wstawiamy do lodówki. Zapominamy o cieście piernikowym na około 3 - 4 tygodnie (im dłużej, tym lepiej).
Przed pieczeniem wystawiamy ciasto z lodówki i czekamy aż się ogrzeje. Przekładamy na blaszkę. Na wierzchu układamy połówki orzechów włoskich (albo obrane ze skórki migdały).* Pieczemy w 160 stopniach przez około 30-40 minut (wszystko zależy od grubości piernika - lepiej nie nakładać zbyt dużej ilości, bo ciasto jest raczej ciężkie, a poza tym i tak urośnie). Po upieczeniu (i wystudzeniu) piernik zawijamy w folię aluminiową - na przynajmniej 3 dni (dzięki temu zmięknie). Jeśli chcemy, żeby piernik był bardziej wilgotny, możemy go przełożyć powidłami śliwkowymi.
Ja najbardziej lubię wersję podstawową - koniecznie w towarzystwie mocnej, mlecznej kawy.
Mhm... rozmarzyłam się.

Skoro mowa o świętach, pierniku i orzechach, to trzeba koniecznie posłuchać muzyki do baletu "Dziadek do orzechów", albo najlepiej wybrać się na niego osobiście.



* Przepis istnieje w naszej rodzinie od kiedy pamiętam, czyli piecze go już przynajmniej trzecie pokolenie (tyle ogarnia moja pamięć, ale pewnie tych pokoleń było zdecydowanie więcej).
** Sprawdzony patent! Orzechy włoskie na pierniku smakują obłędnie i to jest moja ulubiona wersja piernika (jedyna i słuszna).

poniedziałek, 24 listopada 2014

Red curry z krewetkami

Przepis na idealne śniadanie, obiad, kolację, deser...  A może by tak stworzyć przepis na idealną niedzielę?
Przepis, który stworzyłam sobie wczoraj był prosty, choć wieloskładnikowy, pracochłonny, ale bardzo przyjemny. Wystarczyło wstać przed południem, pobiec na jogę (po drodze gapiąc się na niebo i wystawiając nos do słońca), ugotować czerwone curry z krewetkami* (zjeść je w miłym towarzystwie!), pobiec na wykład o architekturze, uciec z targów o głupiej nazwie, wypić dobrą kawę, a potem przejść pół Warszawy pieszo, tylko dlatego, że mimo chłodu spacer był niesamowicie przyjemny, a potem wrócić do domu i nie mieć już sił na nic innego poza lekturą "Rumun goni za happy endem" i słuchaniem Blonde Redhead.



Czerwone curry z krewetkami (2 porcje)
1 łyżka czerwonej pasty curry
1 łyżka sosu sojowego
1 łyżka sosu rybnego
1 trawa cytrynowa
3 plastry imbiru
1 ząbek czosnku
1 średnia cebula
400 ml mleka kokosowego
1 limonka
natka pietruszki lub kolendra
krewetki tygrysie
olej kokosowy
ostra papryka (opcjonalnie)
ryż jaśminowy

Pastę curry podsmażamy na oleju kokosowym. Dodajemy startą cebulę, posiekany czosnek, imbir, trawę cytrynową. Można dodać ostrą papryczkę, ale sama pasta jest już ostra (przynajmniej ta, której użyłam była). Wlewamy mleko kokosowe i czekamy aż się zagotuje. Dodajemy krewetki i gotujemy na małym ogniu aż będą miękkie. Całość doprawiamy sosem sojowym i rybnym (nie solimy!).
Do pełni szczęścia brakuje nam już tylko ryżu jaśminowego oraz liści kolendry lub natki pietruszki.






* Tradycyjny niedzielny obiad (!)

niedziela, 23 listopada 2014

Na śniadanie jadam perły! Tapioka z mlekiem kokosowym.

Tapioka. Niepozorne małe perełki, pod postacią których kryje się ... skrobia (ale nie, nie ta z ziemniaka, tylko z manioku).
Jaki jest sens jedzenia skrobi - można by spytać. Podobno ma sporo zalet: hipoalergiczna, bezglutenowa, bezcholesterolowa, lekkostrawna i - co może zabrzmieć śmiesznie - bezsmakowa. Czy brak smaku może być zaletą? Biorąc pod uwagę, że tapioka mogłaby być paskudna, to moja odpowiedź brzmi: tak, brak smaku może być zaletą, a to dlatego, że możemy dowolnie konstruować jej ostateczny smak w oparciu o własne upodobania. Ktoś lubi smak mleka kokosowego? Wspaniale! Dodamy mleko i będzie smakowała kokosowo. Cynamon, wanilia albo woda różana...? Nie ma problemu. Niech każdy wybierze coś dla siebie i niech dodaje, łączy, konstruuje.

Tapioka kokosowa z wanilią i granatem (2 małe miseczki)
6 łyżek tapioki
200 ml mleka kokosowego
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
szczypta soli morskiej
1 owoc granatu (albo inne owoce)

Tapiokę zalewamy mlekiem kokosowym. Odstawiamy na godzinę. Następnie gotujemy ją przez około 10 minut (aż perełki staną się przezroczyste i miękkie). Dodajemy ekstrakt waniliowy i sól. Ja nie dodaję cukru, ale jeśli ktoś lubi słodki smak, to może dodać cukier trzcinowy.
Ugotowaną tapiokę przekładamy do miseczek i odstawiamy do wystygnięcia (lub jeśli mamy ochotę - jemy na ciepło). Dodajemy owoce (np. mus z mango, ugotowane truskawki albo maliny... - co, kto lubi).
Moja dzisiejsza wersja zawierała pestki granatu.




Kawa zbożowa

A kto powiedział, że kawiarka może służyć jedynie do przygotowywania klasycznej kawy, no kto?
Otóż nie tylko!
Jeśli masz ochotę na kawę zbożową (polecam Kujawiankę - old school w najczystszej postaci), a nie masz czasu i ochoty, żeby stać nad rondelkiem i pilnować, żeby nie wykipiała, to łap za kawiarkę i do dzieła!




niedziela, 9 listopada 2014

Brioche

I znowu jest normalnie, czyli szaro, mokro, ponuro i sennie. Wreszcie wiem, że to listopad - dokładnie taki, jak w mych najkoszmarniejszych snach. Jak co roku zaklinam go, proszę, błagam lub grożę, że go prześpię, przeczekam z głową pod kocem, udam, że go nie ma, że on nie istnieje.
Co ciekawe, w tym roku wyjątkowo długo mogłam oszukiwać samą siebie, ale wszystko się skończyło, więc odliczam już tylko dni do końca tej męczarni.

...
Wake me up in July
Lick the snow from my eyes
Underneath the blue sky
All I need is my bike*
...

Nie ma co się zatracać. Trzeba działać! Chociażby mierząc się z brioche, która jest wymagająca, chimeryczna i nieprzewidywalna. O tej smutnej porze roku nic nie cieszy bardziej niż śniadanie z porządnym kawałkiem nieprzyzwoicie maślanego ciasta.
Z brioszką jest jak z życiem. Jeśli się jej boisz, jeśli nie wiesz jak się za nią zabrać, nie masz czasu, ochoty i cierpliwości... zaprawdę powiadam Ci, daj sobie spokój. Tutaj każdy krok jest ważny, zwłaszcza zaczyn. Tylko odpowiedni zaczyn, dobre chęci i siła zapewnią sukces. Jeśli masz w sobie tę siłę, to nie wahaj się. Po prostu spróbuj. Efekt będzie bardziej niż zadowalający.





Brioche**:
1/2 kg mąki pszennej
20 g drożdży (świeżych)
4 jajka (plus 1 dodatkowe do posmarowania przed pieczeniem)
50 g cukru pudru
120 ml mleka
1/2 łyżeczki soli
200 g masła (musi być miękkie!)
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego

Zaczyn: drożdże rozrabiamy z łyżeczką cukru i łyżką ciepłego mleka. Odstawiamy do wyrośnięcia na kilkanaście minut.

Ciasto: jajka ucieramy z cukrem pudrem. Wyrośnięty zaczyn łączymy z jajkami, dodajemy resztę mleka, sól, wanilię oraz przesianą przez sito mąkę. Wyrabiamy. Dodajemy stopniowo kawałki miękkiego masła.
Ciasto - z każdą kolejną porcją masła - zmienia konsystencję: z suchego, twardego, w tłuste i bardzo elastyczne. Jeśli nie mamy robota, to ręczne wyrabianie zajmie nam jakieś 30 - 40 minut.
Wyrobione ciasto przykrywamy folią spożywczą i wstawiamy do lodówki na kilka godzin (najlepiej na całą noc, ale ja chłodziłam je przez 8 godzin). Po tym czasie przekładamy ciasto do formy i odstawiamy do wyrośnięcia przez kolejne 2 godziny (nie w lodówce).
Przed pieczeniem smarujemy jajkiem rozmąconym z łyżką wody.

Pieczemy w 180 stopniach przez około 40 minut.








* M. Brodka "Varsovie"
** Źródło: White Plate

niedziela, 8 czerwca 2014

Kajzerki

Czy można się im oprzeć? 
Czy można przejść obok nich obojętnie?
Czy mogą nie pasować do niedzielnego śniadania?

Jeśli na wszystkie pytania odpowiedziałaś/eś przecząco, to znak, że musisz je upiec. 
Sprawa jest prosta.
Osobiście polecam! Moje są jeszcze lekko koślawe, ale mały trening sprawi, że staną się bliższe ideałowi.

Źródło przepisu: White Plate



Ciastka z czekoladą i palonym masłem*

Kto nie lubi ciasteczek, no kto? Z czekoladą, orzechami i z nieprzyzwoitą ilością palonego masła (nie mylić ze spalonym masłem!). Otóż te ciastka są nieziemsko dobre, bo przepis pochodzi wprost z amerykańskiego bloga, a powszechnie wiadomo, że własnie ten naród opanował do perfekcji czekoladowe ciacha.
Powiem szczerze, że miałam kilka podejść do tego przepisu, bo nie ma nic gorszego od przeliczania anglosaskich miar na miary znane nam z codziennego życia. Kto będąc przy zdrowych zmysłach mierzy masło w szklankach, czy łyżkach? Spróbowałam przełożyć przepis na język zrozumiały dla statystycznej Polki i wyszło mi to, co poniżej. Entuzjastów dziwnych miar odsyłam do oryginalnego przepisu (link na końcu posta).




Ciastka (ok. 30 sztuk małych ciasteczek)
115 g masła
1/2 szklanki cukru trzcinowego
1/3 szklanki zwykłego cukru
2 łyżeczki esencji waniliowej
1 jajko + 1 żółtko
1 pełna szklanka mąki pszennej
1/2 łyżeczki soli morskiej (uwaga! jeśli ktoś nie lubi słodko-słonych ciastek, to musi może ilość - wystarczy duża szczypta, ale jeśli mam być szczera, to radziłabym doslić, bo warto)
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
80g posiekanej czekolady (można użyć gorzkiej lub mlecznej, warto dodać też odrobinę białej)
duża garść pokrojonych orzechów (pekany lub włoskie)

Przy pomocy miksera ucieramy połowę porcji masła (masło musi mieć temperaturę pokojową!) z cukrem trzcinowym.

Drugą połowę masła rozpuszczamy i "palimy", czyli po rozpuszczeniu nadal podgrzewamy - cały czas mieszając- przez około 3 minuty, aż masło nabierze orzechowego zapachu i pojawią się brązowe paproszki (czyli białko ulegnie spaleniu). Gotowe masło odstawiamy do wystygnięcia.

Do utartego z cukrem masła dodajemy esencję waniliową, a następnie pozostały cukier oraz rozpuszczone masło. Całość ubijamy przez 2 minuty, a następnie dodajemy: jajko, żółtko, a po 2 minutach mąkę, sól i sodę.

Odkładamy mikser i na sam koniec dodajemy czekoladę oraz orzechy.

Ciasto zawijamy w folię i odstawiamy do lodówki na przynajmniej pół godziny.

Z ciasta formujemy kulki (z 1 łyżki ciasta). Układamy na blaszce wyłożonej pergaminem i pieczemy w 180 stopniach przez 12 - 15 minut.

Ciastka mają niesamowity i niepowtarzalny smak. Obawiam się, że od tej pory będę palić masło przy każdej nadarzającej się okazji. Już myślę o tarcie na takim właśnie spodzie.
A ciastka nadają się wyśmienicie na: kinderbal, piknik, czy do tradycyjnej "kawki"**



*Żródło: Joy The Baker - Brown Butter Chocolate Chip Cookies
** Przeprowadzone zostały odpowiednie testy - wynik był bardziej niż zadowalający.

niedziela, 13 kwietnia 2014

Challah

Składam się z ciągłych powtórzeń... (również kulinarnych). Najlepszym tego przykładem jest moje uwielbienie do chałki, a częstotliwość, z jaką do niej wracam jest - rzekłabym - dość duża. Co jest źródłem tego uzależnienia? Przede wszystkim smak, a zaraz potem łatwość, z jaką można ją samemu upiec.
Metodą prób i błędów wypracowałam już swój ulubiony przepis i korzystam z niego, jak tylko nadarzy się ku temu okazja. Może popełniam herezję, ale ostatnio piekę ją nie  w formie tradycyjnego warkocza, ale w kształcie brioszki. To takie moje małe chałkowe przestępstwo.


Chałka maślana** (proporcje na 1 dużą chałkę)
2 i 1/2 szklanki mąki pszennej
2 jajka
3 łyżki cukru
100g rozpuszczonego masła
1/2 (ok. 40g) kostki świeżych drożdży
1/2 szklanki ciepłej wody do zaczynu (+ 4 łyżki do wyrabiania ciasta)
szczypta soli
otarta skórka z cytryny (opcjonalnie)*

Zaczynamy od przygotowania rozczynu: drożdże rozcieramy z 1 łyżką cukru. Dodajemy 1/2 szklanki ciepłej wody, a następnie 3 łyżki mąki. Całość mieszamy i odstawiamy w ciepłe miejsce do wyrośnięcia (jeśli drożdże są aktywne, to po 15-20 minutach zaczyn będzie już próbował wydostać się z miski)

Ciasto: w dużej misce mieszamy przesianą przez sito mąkę, rozczyn, jedno całe jajko + żółtko z drugiego jajka (biało wykorzystamy do posmarowania ciasta), rozpuszczone masło, szczyptę soli, wodę i ewentualnie skórkę cytryny. Całość zagniatamy i wyrabiamy przez około 15 minut. Ciasto jest bardzo wdzięczne i szybko się wyrabia. Powinno być tłuste, elastyczne i niezbyt zwarte.
Po wyrobieniu formujemy z ciasta kulkę, wkładamy do miski, nakrywamy ściereczką i odstawiamy do wyrośnięcia. Po 30 minutach "odgazowujemy" ciasto uderzając pięścią w ciasto. Zostawiamy do wyrośnięcia na kolejne pół godziny. Po tym czasie wyjmujemy ciasto z miski i formujemy chałkę (warkocz) lub brioszkę. Zostawiamy do wyrośnięcia na kolejne pół godziny.
Przed pieczeniem smarujemy ciasto białkiem rozmieszanym z łyżką wody. Wstawiamy do pieca rozgrzanego do 180 stopni. Pieczemy około 40 minut aż ciasto zrobi się złoto-brązowe, a test patyczkiem wbitym w ciasto da wynik pozytywny (czyli patyczek będzie suchy).

Lubie jeść chałkę z ricottą, powidłami, miodem, albo po prostu z masłem. A jeśli poleży kilka dni, to nie ma innego wyjścia - trzeba zrobić z niej francuskie tosty.


*Ja bardzo lubię wersję ze skórką cytrynową, ale wiem, że niektórzy nie przepadają za tym smakiem. Dzieciom przyzwyczajonym do zwykłego smaku chałki, ta z cytryną wydaję się być kwaśna.
** Pierwotny przepis pochodzi ze Smaków Świata, z czasem lekko przeze mnie zmodyfikowany.

niedziela, 6 kwietnia 2014

Chleb orzechowy

Uwaga! Osoby stosujące jakiekolwiek diety uprasza się o opuszczenie tej strony! Produkt zawiera gluten - dużo glutenu. Zawiera również orzechy i to bynajmniej nie w ilościach śladowych.
W zakładzie produkcyjnym był obecny miód, było go tyle, że producent miał problem z decyzją, którego użyć.

Dość tych ostrzeżeń... To bardzo aromatyczny chleb z orzechami włoskimi, dodatkowo podkręcony pastą orzechową z dodatkiem miodu - świetny dodatek do serów, na przykład kozich. 


Pasta orzechowa
50 g orzechów włoskich
50 g wody
2 łyżki miodu
20 g masła

Ciasto
220 g letniej wody
100 g aktywnego zakwasu żytniego
1,5 łyżeczki świeżych drożdży
100 g pasty orzechowej
100 g posiekanych orzechów
350 g  mąki pszennej  chlebowej (750)
100 g mąki żytniej chlebowej (720)
50 g mąki pszennej razowej
1,5 łyżeczki soli


Zaczynamy od przygotowania pasty orzechowej - miksujemy orzechy z wodą, miodem i rozpuszczonym masłem, które powinno odrobinę zbrązowieć.
Przystępujemy do przygotowania ciasta - łączymy wodę, zakwas i drożdże. Dodajemy pastę orzechową oraz na sam koniec posiekane orzechy. Mąki przesiewamy i mieszamy. Dodajemy sól. Wsypujemy suche składniki do mokrych i łączymy nie wyrabiając. Po 10 minutach wyrabiamy krótko ciasto (kilkanaście razy). Odkładamy na kolejne 10 minut. Wyjmujemy ciasto na natłuszczony blat - ponownie wyrabiamy. Odstawiamy tym razem na godzinę. Po upływie tego czasu, kolejny raz wyrabiamy, po czym formujemy bochenek i umieszczamy w koszyku do wyrastania, który można zastąpić miską wyłożoną ściereczką i wysypaną mąką. Całość wkładamy do worka foliowego, który zawiązujemy.  Koszyk odstawiamy w ciepłe miejsce na około 2 godziny. Ciasto powinno podwoić objętość. Bochenek wyjmujemy z koszyka, nacinamy i wkładamy do nagrzanego piekarnika do temperatury 230 stopni Celsjusza. Kiedy zacznie się rumienić zmniejszamy temperaturę do 210 - 200 stopni.
Pieczemy około 40 minut.

Żródło: blog Gotuje bo lubi

Granola z orzechami włoskimi, migdałami i wodą różaną

Moje uwielbienie do granoli nie jest tajemnicą. Uwielbiam ją piec, zjadać, trzymać w zanadrzu, a także dzielić się nią z innymi.
Nieskromnie stwierdzam, że opanowałam ją do perfekcji. Jest taka, jaka być powinna. Chrupka, ale nie twarda. Złocista, ale nie spalona. Niezbyt słodka i lekko słona.
Kilka składników musi znaleźć się w niej obowiązkowo: płatki owsiane, migdały, orzechy włoskie i sezam. Reszta to już dowolność. Zatem dodatki zależą jedynie od indywidualnych potrzeb, chwilowych zachcianek lub od tego, co mamy akurat w zapasie.

Jak stworzyć granolę idealną? To proste!


Mieszamy płatki owsiane: zwykłe lub górskie (1 szklankę) z ich wersją błyskawiczną (2 szklanki). Dodajemy 3/4 szklanki sezamu, dużo migdałów (koniecznie razem ze skórkami) i orzechów włoskich (po upieczeniu będą cudownie chrupkie i aromatyczne). Możemy dodać garść otrębów, ale nie jest to składnik absolutnie konieczny. Nie możemy zapomnieć również o porządnej szczypcie soli.
Dodajemy miód (4 kopiaste łyżki miodu podgrzewamy aż do uzyskania płynnej konsystencji) oraz olej kokosowy (2 łyżki rozpuszczamy - podobnie jak miód). Musimy również pamiętać o dodaniu około 3/4 filiżanki wody (lub soku jabłkowego, albo herbaty) - ja mieszam zwykłą wodę z wodą różaną.

Całość mieszamy. Wykładamy na blaszkę wyłożoną pergaminem i pieczemy ok. 40 minut w 180 stopniach. Co kilka minut sprawdzamy, czy granola się nie przypala i obowiązkowo mieszamy. Gdy nabierze apetycznego (złotego!) koloru i będzie już prawie całkiem sucha, wyłączamy piekarnik. Jeśli chcemy dodać jakieś suszone owoce (np. żurawinę) to jest to najlepszy moment na wmieszanie owoców do upieczonej (i jeszcze ciepłej) granoli. Gotowy wypiek zostawiamy w piecyku aż do wystygnięcia. Przechowujemy w szczelnym pojemniku. No i jemy ją! O każdej porze dnia - a jeśli ktoś lubi, to i nocy.

niedziela, 16 marca 2014

Nie strasz mnie brukselką! I tak się nie boję.

Brukselka. Małe dziwadło. Przez niektórych znienawidzona. Podobnie jak szpinak kojarzy się z obiadowymi koszmarami z dzieciństwa.
Ja nie mam z nią problemu. Może dlatego, że nie mam traumatycznych wspomnień (albo je zwyczajnie wyparłam). Nikt mnie do niej nie zmuszał. Nikt nie podsuwał mi jej pod nos, odgrażając się jednocześnie, że deseru nie będzie, jeśli jej nie zjem. Dzięki temu dziś mogę jeść brukselkę bez obaw i wstrętu.
Te małe kapustki są śliczne i bardzo łatwe w obsłudze. Najbardziej lubię je tak, jak widać na zdjęciu - duszone krótko na oliwie z innymi (dowolnymi) warzywami: marchewką, porem, selerem naciowym, fenkułem . Po ugotowaniu wystarczy wymieszać z kaszą (np. jaglaną, albo bulgur), posypać orzechami włoskimi i listkami świeżego tymianku.

Tylko tyle i aż tyle!