Granolowe szaleństwo trwa! Tym razem jej nowa odsłona - wersja wiosenna (można by rzec mocno dziewczyńska).
Granola truskawkowo - kokosowa:
Płatki owsiane górskie (2-3 szklanki)
Otręby żytnie (pół szklanki)
Sezam (3/4 szklanki)
Migdały (całe lub w słupkach, ilość - wedle uznania)
Miód lipowy (lub jakikolwiek inny, byle nie gryczany - musi być delikatny)
Olej kokosowy (pół szklanki)
Sól morska (duża szczypta)
Esencja waniliowa (duża łyżka)
Sok z pomarańczy lub jabłkowy (1 szklanka)
Truskawki liofilizowane
Płatki kokosowe (2 duże garści)
W rondelku rozpuszczamy olej kokosowy i miód.
Jeśli zamiast całych migdałów używamy słupków, to podpiekamy je osobno - na złoty kolor (wystarczy kilka minut w 180 stopniach). To samo robimy z płatkami kokosa (podpieczony kokos staje się cudownie chrupiący).
Suche składniki (oprócz truskawek i podpieczonych migdałów oraz płatków kokosa) łączymy w misce. Zalewamy sokiem, a następnie olejem, miodem i esencją waniliową. Całość mieszamy i wykładamy na 2 blaszki wyłożone papierem do pieczenia.
Wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni na około 40 minut. Regularnie mieszamy (ewentualnie zmniejszamy temperaturę), żeby granola równomiernie się podpiekła (a nie spaliła!).
Po upieczeniu odstawiamy do ostygnięcia. Dodajemy cząstki truskawek, kokos i migdały.
A potem już tylko musimy się powstrzymać, żeby nie jeść jej o każdej porze dnia i nocy.
Granola w tej wersji jest niesamowicie smaczna, delikatna, lekko kwaskowa. Truskawki, wanilia i kokos tworzą tercet nie aż tak egzotyczny, ale za to bardzo dopasowany.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Śniadanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Śniadanie. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 22 marca 2015
niedziela, 1 marca 2015
Bułka z masłem
Nie jestem wielbicielką bułek. Jem je raz, może dwa razy do roku. Najbardziej na świecie kocham chleb - ten na zakwasie, domowy, upieczony przez konkretną osobę, a nie bezimiennego piekarza.
Jeśli już stwierdzam, że mam ochotę na bułki, to piekę je sama - z tego oto przepisu.
Najlepiej smakują wyjęte prosto z piekarnika. Jednak, żeby upiec je na weekendowe śniadanie, trzeba się mocno poświęcić. Gra warta jest świeczki.
Jeśli już stwierdzam, że mam ochotę na bułki, to piekę je sama - z tego oto przepisu.
Składniki:
350 g mąki pszennej
60 g mąki ziemniaczanej
20 g cukru
1,5 łyżeczki soli morskiej
1 jajko
230 ml mleka
30 g drożdży
40 g miękkiego masła
czarny sezam (do posypania wierzchu)
Dodatkowo: jajko do posmarowania bułek przed pieczeniem
Łączymy mąki z cukrem i solą.
Mleko lekko podgrzewamy, a następnie rozpuszczamy w nim drożdże.
Łączymy wszystkie składniki i zagniatamy miękkie, elastyczne ciasto.
Odstawiamy na 1 godzinę do wyrośnięcia.
Po godzinie dzielimy ciasto na 10 części i zaplatamy bułki: formujemy wałek, robimy z niego pętelkę, a końce zawijamy pod spód. Kształt ma przypominać formę kajzerki (proponuję nie przejmować się tym, że wyjdą lekko koślawe - tak jak na załączonym obrazku). Smak i delikatność miąższu bułki wynagrodzi wszelkie estetyczne niedoskonałości.
Uformowane bułki układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Odstawiamy na 30 minut. Przed wstawieniem do piekarnika smarujemy jajkiem rozmąconym z odrobiną śmietany lub mleka. Posypujemy makiem, solą morską, ziołami lub sezamem.
Pieczemy 20 minut w 180 stopniach.
niedziela, 25 stycznia 2015
Rzecz o kompulsywnym pieczeniu granoli...
Czy to już obsesja? Czy jestem uzależniona?
Nie wiem która to już wersja granoli w moim wykonaniu. Chyba straciłam rachubę. O tej porze roku (wróć, o różnych porach roku!) zawsze, ale to absolutnie zawsze nachodzi mnie ochota, żeby mieć ją pod ręką.
Sprawdza się jako dodatek do jogurtu na śniadanie, albo po prostu, kiedy poczuję nieodpartą ochotę na coś słodkiego. Wtedy zakradam się do kuchni i zanurzam rękę w pewnej puszce, której podstawową funkcją jest właśnie przechowywanie granoli.
Wszystkie granole, które kiedykolwiek przygotowałam (a było ich naprawdę sporo) łączą trzy stałe elementy: płatki owsiane górskie, sezam i migdały - bez nich granola po prostu mi nie smakuje. Reszta jest zmienna. Tym razem - w ramach eksperymentu - dodałam jeszcze pestki dyni, otręby żytnie, suszone wiśnie, sok jabłkowy oraz miód gryczany. Do tego jeszcze olej kokosowy, szczypta cynamonu oraz sól morska.
Wszystkie smaki genialnie się połączyły. Upiekła się idealnie: jest złota, chrupiąca i bardzo aromatyczna. Będę się nią chwalić i dzielić (w ramach uciszania wewnętrznego głosu, że to jednak jest uzależnienie), z tymi, którzy również są jej wielbicielami, ale twierdzą, że nie potrafią jej robić. Dokonamy wymiany towarów. Domowa granola w zamian za domowy chleb na zakwasie - to chyba całkiem niezły deal?!
Nie wiem która to już wersja granoli w moim wykonaniu. Chyba straciłam rachubę. O tej porze roku (wróć, o różnych porach roku!) zawsze, ale to absolutnie zawsze nachodzi mnie ochota, żeby mieć ją pod ręką.
Sprawdza się jako dodatek do jogurtu na śniadanie, albo po prostu, kiedy poczuję nieodpartą ochotę na coś słodkiego. Wtedy zakradam się do kuchni i zanurzam rękę w pewnej puszce, której podstawową funkcją jest właśnie przechowywanie granoli.
Wszystkie granole, które kiedykolwiek przygotowałam (a było ich naprawdę sporo) łączą trzy stałe elementy: płatki owsiane górskie, sezam i migdały - bez nich granola po prostu mi nie smakuje. Reszta jest zmienna. Tym razem - w ramach eksperymentu - dodałam jeszcze pestki dyni, otręby żytnie, suszone wiśnie, sok jabłkowy oraz miód gryczany. Do tego jeszcze olej kokosowy, szczypta cynamonu oraz sól morska.
Wszystkie smaki genialnie się połączyły. Upiekła się idealnie: jest złota, chrupiąca i bardzo aromatyczna. Będę się nią chwalić i dzielić (w ramach uciszania wewnętrznego głosu, że to jednak jest uzależnienie), z tymi, którzy również są jej wielbicielami, ale twierdzą, że nie potrafią jej robić. Dokonamy wymiany towarów. Domowa granola w zamian za domowy chleb na zakwasie - to chyba całkiem niezły deal?!
sobota, 24 stycznia 2015
I o co właściwie ta awantur(k)a?
Awanturka z makreli (wersja z twarogiem)*
pół makreli (obranej ze skóry i pozbawionej ości)
duża łyżka twarogu
czarny pieprz (dużo!) i sól (wedle uznania)
Awanturka z makreli (wersja pomidorowa)**
pół makreli (obranej ze skóry i pozbawionej ości)
duża łyżka keczupu (albo pasty/koncentratu pomidorowego)
szczypta ostrej papryki
duża szczypta słodkiej papryki
pieprz i sól wedle uznania
Obie pasty przygotowujemy w podobny sposób - wszystkie składniki rozgniatamy widelcem.
* Pewnie niektórych zdziwi połączenie ryby z twarogiem - a nie powinno!
** Pomidorowa pasta z makreli to klasyk - przynajmniej w moim domu , choć w wersji, którą pamiętam dodawano jeszcze masło(!) - dla mnie to jednak zbyt wiele szczęścia, więc masło trafia pod pastę, na chleb - najlepiej pszenno - żytni (razowy) na zakwasie.
niedziela, 18 stycznia 2015
Owsianka daktylowa dla łyżwiarki - amatorki
Uświadomiłam sobie właśnie, że są chyba tylko dwie rzeczy, które bezsprzecznie świadczą o tym, że aktualnie obowiązującą porą roku jest zima. Słońce może świecić na bezchmurnym niebie, powietrze może pachnieć wiosną, ptaki mogą krzyczeć..., ale skoro ja jem na śniadanie owsiankę, a ponadto mam wiecznie ochotę, żeby jeżdzić na łyżwach, to znak, że zima jednak trwa w najlepsze.
Nigdy nie lubiłam oglądać łyżwiarstwa figurowego, ale pamiętam, że kiedyś było to bardzo polpularne zajęcie statystycznej polskiej rodziny (zwłaszcza jej żeńskiej części). W czasie zawodów, mistrzostw, igrzysk olimpijskich... wiele matek zasiadało przed telewizorami i oglądały: skoki, piruety, podwójne axle i potrójne tulupy... Zazwyczaj działo się to w niedzielne przedpołudnie, więc mężowie, dzieci, rosoły, czy pieczone kurczaki szły w odstawkę - musiały cierpliwie poczekać.
Jako dziecko unikałam oglądania tych popisów, ale jednemu nie mogłam się oprzeć. Kiedy do akcji wkraczał pewien znany, polski łyżwiarz, wtedy ja zasiadałam na moment przed ekranem. Łyżwiarz ten miał być naszym "pewniakiem", miał zawsze wygrywać, miał być naszą dumą i wizytówką, ale jakoś tak zawsze bywało, że ... mu nie wychodziło. A ja oglądałam jego występ tylko po to, żeby liczyć jego upadki. Wiem, to okropne. Powinnam się wstydzić i nadal się tego wstydzę. Poniosłam za to jednak zasłużoną karę, bo jakiś czas potem, pewnego pięknego dnia (a miało to miejsce w trakcie trwania zimowych Igrzysk - jeśli dobrze liczę - w Lillehammer!), jazda na łyżwach w moim wykonaniu zakończyła się spektakularnym upadkiem oraz niezbyt przyjemną kontuzją.
Zła karma wraca! Panie łyżwiarzu - bardzo Pana przepraszam za moje skandaliczne zachowanie. Pan - w przeciwieństwie do mnie - umiał przynajmniej ładnie upadać - z godnością i bez fizycznych konsekwencji.
Na łyżwach jeżdżę nadal i bardzo to lubię, choć unikam piruetów, a co za tym idzie również spektakularnych upadków.
Co zatem zjeść na śniadanie, żeby mieć wystarczająco duzo energii, a jednocześnie czuć się wystarczająco lekko, by móc jeżdzić przynajmniej przez godzinę w rytm nie do końca szczęśliwych dźwięków - raz w jedną, ... raz w drugą stronę? Otóż w moim przypadku jest to owsianka - na przykład daktylowa...
Owsianka daktylowa (jedna średnia porcja):
3 łyżki płatków owsianych (górskich)
2 duże daktyle
garsć migdałów
2 suszone śliwki
2 łyżki gęstego jogurtu
1/3 kubka gorącej wody
płaska łyżeczka miodu gryczanego
szczypta cynamonu
Płatki owsiane, pokrojone daktyle i śliwki mieszamy w małej misce, a następnie zalewamy gorącą wodą. Odstawiamy na noc (albo przynajmniej na 20-30 minut). Rano dodajemy jogurt wymieszany z miodem. Całość mieszamy. Dodajemy posiekane migdały (mogą być podprażone) oraz szczyptę cynamonu.
A potem zakładamy kurtkę, czapkę, szal, rękawice, zarzucamy łyżwy na plecy i kierujemy się w strone najbliższego lodowiska.
Nigdy nie lubiłam oglądać łyżwiarstwa figurowego, ale pamiętam, że kiedyś było to bardzo polpularne zajęcie statystycznej polskiej rodziny (zwłaszcza jej żeńskiej części). W czasie zawodów, mistrzostw, igrzysk olimpijskich... wiele matek zasiadało przed telewizorami i oglądały: skoki, piruety, podwójne axle i potrójne tulupy... Zazwyczaj działo się to w niedzielne przedpołudnie, więc mężowie, dzieci, rosoły, czy pieczone kurczaki szły w odstawkę - musiały cierpliwie poczekać.
Jako dziecko unikałam oglądania tych popisów, ale jednemu nie mogłam się oprzeć. Kiedy do akcji wkraczał pewien znany, polski łyżwiarz, wtedy ja zasiadałam na moment przed ekranem. Łyżwiarz ten miał być naszym "pewniakiem", miał zawsze wygrywać, miał być naszą dumą i wizytówką, ale jakoś tak zawsze bywało, że ... mu nie wychodziło. A ja oglądałam jego występ tylko po to, żeby liczyć jego upadki. Wiem, to okropne. Powinnam się wstydzić i nadal się tego wstydzę. Poniosłam za to jednak zasłużoną karę, bo jakiś czas potem, pewnego pięknego dnia (a miało to miejsce w trakcie trwania zimowych Igrzysk - jeśli dobrze liczę - w Lillehammer!), jazda na łyżwach w moim wykonaniu zakończyła się spektakularnym upadkiem oraz niezbyt przyjemną kontuzją.
Zła karma wraca! Panie łyżwiarzu - bardzo Pana przepraszam za moje skandaliczne zachowanie. Pan - w przeciwieństwie do mnie - umiał przynajmniej ładnie upadać - z godnością i bez fizycznych konsekwencji.
Na łyżwach jeżdżę nadal i bardzo to lubię, choć unikam piruetów, a co za tym idzie również spektakularnych upadków.
Co zatem zjeść na śniadanie, żeby mieć wystarczająco duzo energii, a jednocześnie czuć się wystarczająco lekko, by móc jeżdzić przynajmniej przez godzinę w rytm nie do końca szczęśliwych dźwięków - raz w jedną, ... raz w drugą stronę? Otóż w moim przypadku jest to owsianka - na przykład daktylowa...
Owsianka daktylowa (jedna średnia porcja):
3 łyżki płatków owsianych (górskich)
2 duże daktyle
garsć migdałów
2 suszone śliwki
2 łyżki gęstego jogurtu
1/3 kubka gorącej wody
płaska łyżeczka miodu gryczanego
szczypta cynamonu
Płatki owsiane, pokrojone daktyle i śliwki mieszamy w małej misce, a następnie zalewamy gorącą wodą. Odstawiamy na noc (albo przynajmniej na 20-30 minut). Rano dodajemy jogurt wymieszany z miodem. Całość mieszamy. Dodajemy posiekane migdały (mogą być podprażone) oraz szczyptę cynamonu.
A potem zakładamy kurtkę, czapkę, szal, rękawice, zarzucamy łyżwy na plecy i kierujemy się w strone najbliższego lodowiska.
niedziela, 23 listopada 2014
Na śniadanie jadam perły! Tapioka z mlekiem kokosowym.
Tapioka. Niepozorne małe perełki, pod postacią których kryje się ... skrobia (ale nie, nie ta z ziemniaka, tylko z manioku).
Jaki jest sens jedzenia skrobi - można by spytać. Podobno ma sporo zalet: hipoalergiczna, bezglutenowa, bezcholesterolowa, lekkostrawna i - co może zabrzmieć śmiesznie - bezsmakowa. Czy brak smaku może być zaletą? Biorąc pod uwagę, że tapioka mogłaby być paskudna, to moja odpowiedź brzmi: tak, brak smaku może być zaletą, a to dlatego, że możemy dowolnie konstruować jej ostateczny smak w oparciu o własne upodobania. Ktoś lubi smak mleka kokosowego? Wspaniale! Dodamy mleko i będzie smakowała kokosowo. Cynamon, wanilia albo woda różana...? Nie ma problemu. Niech każdy wybierze coś dla siebie i niech dodaje, łączy, konstruuje.
Tapioka kokosowa z wanilią i granatem (2 małe miseczki)
6 łyżek tapioki
200 ml mleka kokosowego
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
szczypta soli morskiej
1 owoc granatu (albo inne owoce)
Tapiokę zalewamy mlekiem kokosowym. Odstawiamy na godzinę. Następnie gotujemy ją przez około 10 minut (aż perełki staną się przezroczyste i miękkie). Dodajemy ekstrakt waniliowy i sól. Ja nie dodaję cukru, ale jeśli ktoś lubi słodki smak, to może dodać cukier trzcinowy.
Ugotowaną tapiokę przekładamy do miseczek i odstawiamy do wystygnięcia (lub jeśli mamy ochotę - jemy na ciepło). Dodajemy owoce (np. mus z mango, ugotowane truskawki albo maliny... - co, kto lubi).
Moja dzisiejsza wersja zawierała pestki granatu.
Jaki jest sens jedzenia skrobi - można by spytać. Podobno ma sporo zalet: hipoalergiczna, bezglutenowa, bezcholesterolowa, lekkostrawna i - co może zabrzmieć śmiesznie - bezsmakowa. Czy brak smaku może być zaletą? Biorąc pod uwagę, że tapioka mogłaby być paskudna, to moja odpowiedź brzmi: tak, brak smaku może być zaletą, a to dlatego, że możemy dowolnie konstruować jej ostateczny smak w oparciu o własne upodobania. Ktoś lubi smak mleka kokosowego? Wspaniale! Dodamy mleko i będzie smakowała kokosowo. Cynamon, wanilia albo woda różana...? Nie ma problemu. Niech każdy wybierze coś dla siebie i niech dodaje, łączy, konstruuje.
Tapioka kokosowa z wanilią i granatem (2 małe miseczki)
6 łyżek tapioki
200 ml mleka kokosowego
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
szczypta soli morskiej
1 owoc granatu (albo inne owoce)
Tapiokę zalewamy mlekiem kokosowym. Odstawiamy na godzinę. Następnie gotujemy ją przez około 10 minut (aż perełki staną się przezroczyste i miękkie). Dodajemy ekstrakt waniliowy i sól. Ja nie dodaję cukru, ale jeśli ktoś lubi słodki smak, to może dodać cukier trzcinowy.
Ugotowaną tapiokę przekładamy do miseczek i odstawiamy do wystygnięcia (lub jeśli mamy ochotę - jemy na ciepło). Dodajemy owoce (np. mus z mango, ugotowane truskawki albo maliny... - co, kto lubi).
Moja dzisiejsza wersja zawierała pestki granatu.
Kawa zbożowa
A kto powiedział, że kawiarka może służyć jedynie do przygotowywania klasycznej kawy, no kto?
Otóż nie tylko!
Jeśli masz ochotę na kawę zbożową (polecam Kujawiankę - old school w najczystszej postaci), a nie masz czasu i ochoty, żeby stać nad rondelkiem i pilnować, żeby nie wykipiała, to łap za kawiarkę i do dzieła!
Otóż nie tylko!
Jeśli masz ochotę na kawę zbożową (polecam Kujawiankę - old school w najczystszej postaci), a nie masz czasu i ochoty, żeby stać nad rondelkiem i pilnować, żeby nie wykipiała, to łap za kawiarkę i do dzieła!
niedziela, 9 listopada 2014
Brioche
I znowu jest normalnie, czyli szaro, mokro, ponuro i sennie. Wreszcie wiem, że to listopad - dokładnie taki, jak w mych najkoszmarniejszych snach. Jak co roku zaklinam go, proszę, błagam lub grożę, że go prześpię, przeczekam z głową pod kocem, udam, że go nie ma, że on nie istnieje.
Co ciekawe, w tym roku wyjątkowo długo mogłam oszukiwać samą siebie, ale wszystko się skończyło, więc odliczam już tylko dni do końca tej męczarni.
...
Wake me up in July
Lick the snow from my eyes
Underneath the blue sky
All I need is my bike*
...
Nie ma co się zatracać. Trzeba działać! Chociażby mierząc się z brioche, która jest wymagająca, chimeryczna i nieprzewidywalna. O tej smutnej porze roku nic nie cieszy bardziej niż śniadanie z porządnym kawałkiem nieprzyzwoicie maślanego ciasta.
Z brioszką jest jak z życiem. Jeśli się jej boisz, jeśli nie wiesz jak się za nią zabrać, nie masz czasu, ochoty i cierpliwości... zaprawdę powiadam Ci, daj sobie spokój. Tutaj każdy krok jest ważny, zwłaszcza zaczyn. Tylko odpowiedni zaczyn, dobre chęci i siła zapewnią sukces. Jeśli masz w sobie tę siłę, to nie wahaj się. Po prostu spróbuj. Efekt będzie bardziej niż zadowalający.
Brioche**:
1/2 kg mąki pszennej
20 g drożdży (świeżych)
4 jajka (plus 1 dodatkowe do posmarowania przed pieczeniem)
50 g cukru pudru
120 ml mleka
1/2 łyżeczki soli
200 g masła (musi być miękkie!)
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
Zaczyn: drożdże rozrabiamy z łyżeczką cukru i łyżką ciepłego mleka. Odstawiamy do wyrośnięcia na kilkanaście minut.
Ciasto: jajka ucieramy z cukrem pudrem. Wyrośnięty zaczyn łączymy z jajkami, dodajemy resztę mleka, sól, wanilię oraz przesianą przez sito mąkę. Wyrabiamy. Dodajemy stopniowo kawałki miękkiego masła.
Ciasto - z każdą kolejną porcją masła - zmienia konsystencję: z suchego, twardego, w tłuste i bardzo elastyczne. Jeśli nie mamy robota, to ręczne wyrabianie zajmie nam jakieś 30 - 40 minut.
Wyrobione ciasto przykrywamy folią spożywczą i wstawiamy do lodówki na kilka godzin (najlepiej na całą noc, ale ja chłodziłam je przez 8 godzin). Po tym czasie przekładamy ciasto do formy i odstawiamy do wyrośnięcia przez kolejne 2 godziny (nie w lodówce).
Przed pieczeniem smarujemy jajkiem rozmąconym z łyżką wody.
Pieczemy w 180 stopniach przez około 40 minut.
* M. Brodka "Varsovie"
** Źródło: White Plate
Co ciekawe, w tym roku wyjątkowo długo mogłam oszukiwać samą siebie, ale wszystko się skończyło, więc odliczam już tylko dni do końca tej męczarni.
...
Wake me up in July
Lick the snow from my eyes
Underneath the blue sky
All I need is my bike*
...
Nie ma co się zatracać. Trzeba działać! Chociażby mierząc się z brioche, która jest wymagająca, chimeryczna i nieprzewidywalna. O tej smutnej porze roku nic nie cieszy bardziej niż śniadanie z porządnym kawałkiem nieprzyzwoicie maślanego ciasta.
Z brioszką jest jak z życiem. Jeśli się jej boisz, jeśli nie wiesz jak się za nią zabrać, nie masz czasu, ochoty i cierpliwości... zaprawdę powiadam Ci, daj sobie spokój. Tutaj każdy krok jest ważny, zwłaszcza zaczyn. Tylko odpowiedni zaczyn, dobre chęci i siła zapewnią sukces. Jeśli masz w sobie tę siłę, to nie wahaj się. Po prostu spróbuj. Efekt będzie bardziej niż zadowalający.
Brioche**:
1/2 kg mąki pszennej
20 g drożdży (świeżych)
4 jajka (plus 1 dodatkowe do posmarowania przed pieczeniem)
50 g cukru pudru
120 ml mleka
1/2 łyżeczki soli
200 g masła (musi być miękkie!)
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
Zaczyn: drożdże rozrabiamy z łyżeczką cukru i łyżką ciepłego mleka. Odstawiamy do wyrośnięcia na kilkanaście minut.
Ciasto: jajka ucieramy z cukrem pudrem. Wyrośnięty zaczyn łączymy z jajkami, dodajemy resztę mleka, sól, wanilię oraz przesianą przez sito mąkę. Wyrabiamy. Dodajemy stopniowo kawałki miękkiego masła.
Ciasto - z każdą kolejną porcją masła - zmienia konsystencję: z suchego, twardego, w tłuste i bardzo elastyczne. Jeśli nie mamy robota, to ręczne wyrabianie zajmie nam jakieś 30 - 40 minut.
Wyrobione ciasto przykrywamy folią spożywczą i wstawiamy do lodówki na kilka godzin (najlepiej na całą noc, ale ja chłodziłam je przez 8 godzin). Po tym czasie przekładamy ciasto do formy i odstawiamy do wyrośnięcia przez kolejne 2 godziny (nie w lodówce).
Przed pieczeniem smarujemy jajkiem rozmąconym z łyżką wody.
Pieczemy w 180 stopniach przez około 40 minut.
* M. Brodka "Varsovie"
** Źródło: White Plate
niedziela, 13 kwietnia 2014
Challah
Składam się z ciągłych powtórzeń... (również kulinarnych). Najlepszym tego przykładem jest moje uwielbienie do chałki, a częstotliwość, z jaką do niej wracam jest - rzekłabym - dość duża. Co jest źródłem tego uzależnienia? Przede wszystkim smak, a zaraz potem łatwość, z jaką można ją samemu upiec.
Metodą prób i błędów wypracowałam już swój ulubiony przepis i korzystam z niego, jak tylko nadarzy się ku temu okazja. Może popełniam herezję, ale ostatnio piekę ją nie w formie tradycyjnego warkocza, ale w kształcie brioszki. To takie moje małe chałkowe przestępstwo.
Chałka maślana** (proporcje na 1 dużą chałkę)
2 i 1/2 szklanki mąki pszennej
2 jajka
3 łyżki cukru
100g rozpuszczonego masła
1/2 (ok. 40g) kostki świeżych drożdży
1/2 szklanki ciepłej wody do zaczynu (+ 4 łyżki do wyrabiania ciasta)
szczypta soli
otarta skórka z cytryny (opcjonalnie)*
Zaczynamy od przygotowania rozczynu: drożdże rozcieramy z 1 łyżką cukru. Dodajemy 1/2 szklanki ciepłej wody, a następnie 3 łyżki mąki. Całość mieszamy i odstawiamy w ciepłe miejsce do wyrośnięcia (jeśli drożdże są aktywne, to po 15-20 minutach zaczyn będzie już próbował wydostać się z miski)
Ciasto: w dużej misce mieszamy przesianą przez sito mąkę, rozczyn, jedno całe jajko + żółtko z drugiego jajka (biało wykorzystamy do posmarowania ciasta), rozpuszczone masło, szczyptę soli, wodę i ewentualnie skórkę cytryny. Całość zagniatamy i wyrabiamy przez około 15 minut. Ciasto jest bardzo wdzięczne i szybko się wyrabia. Powinno być tłuste, elastyczne i niezbyt zwarte.
Po wyrobieniu formujemy z ciasta kulkę, wkładamy do miski, nakrywamy ściereczką i odstawiamy do wyrośnięcia. Po 30 minutach "odgazowujemy" ciasto uderzając pięścią w ciasto. Zostawiamy do wyrośnięcia na kolejne pół godziny. Po tym czasie wyjmujemy ciasto z miski i formujemy chałkę (warkocz) lub brioszkę. Zostawiamy do wyrośnięcia na kolejne pół godziny.
Przed pieczeniem smarujemy ciasto białkiem rozmieszanym z łyżką wody. Wstawiamy do pieca rozgrzanego do 180 stopni. Pieczemy około 40 minut aż ciasto zrobi się złoto-brązowe, a test patyczkiem wbitym w ciasto da wynik pozytywny (czyli patyczek będzie suchy).
Lubie jeść chałkę z ricottą, powidłami, miodem, albo po prostu z masłem. A jeśli poleży kilka dni, to nie ma innego wyjścia - trzeba zrobić z niej francuskie tosty.
*Ja bardzo lubię wersję ze skórką cytrynową, ale wiem, że niektórzy nie przepadają za tym smakiem. Dzieciom przyzwyczajonym do zwykłego smaku chałki, ta z cytryną wydaję się być kwaśna.
** Pierwotny przepis pochodzi ze Smaków Świata, z czasem lekko przeze mnie zmodyfikowany.
Metodą prób i błędów wypracowałam już swój ulubiony przepis i korzystam z niego, jak tylko nadarzy się ku temu okazja. Może popełniam herezję, ale ostatnio piekę ją nie w formie tradycyjnego warkocza, ale w kształcie brioszki. To takie moje małe chałkowe przestępstwo.
2 i 1/2 szklanki mąki pszennej
2 jajka
3 łyżki cukru
100g rozpuszczonego masła
1/2 (ok. 40g) kostki świeżych drożdży
1/2 szklanki ciepłej wody do zaczynu (+ 4 łyżki do wyrabiania ciasta)
szczypta soli
otarta skórka z cytryny (opcjonalnie)*
Ciasto: w dużej misce mieszamy przesianą przez sito mąkę, rozczyn, jedno całe jajko + żółtko z drugiego jajka (biało wykorzystamy do posmarowania ciasta), rozpuszczone masło, szczyptę soli, wodę i ewentualnie skórkę cytryny. Całość zagniatamy i wyrabiamy przez około 15 minut. Ciasto jest bardzo wdzięczne i szybko się wyrabia. Powinno być tłuste, elastyczne i niezbyt zwarte.
Po wyrobieniu formujemy z ciasta kulkę, wkładamy do miski, nakrywamy ściereczką i odstawiamy do wyrośnięcia. Po 30 minutach "odgazowujemy" ciasto uderzając pięścią w ciasto. Zostawiamy do wyrośnięcia na kolejne pół godziny. Po tym czasie wyjmujemy ciasto z miski i formujemy chałkę (warkocz) lub brioszkę. Zostawiamy do wyrośnięcia na kolejne pół godziny.
Przed pieczeniem smarujemy ciasto białkiem rozmieszanym z łyżką wody. Wstawiamy do pieca rozgrzanego do 180 stopni. Pieczemy około 40 minut aż ciasto zrobi się złoto-brązowe, a test patyczkiem wbitym w ciasto da wynik pozytywny (czyli patyczek będzie suchy).
Lubie jeść chałkę z ricottą, powidłami, miodem, albo po prostu z masłem. A jeśli poleży kilka dni, to nie ma innego wyjścia - trzeba zrobić z niej francuskie tosty.
*Ja bardzo lubię wersję ze skórką cytrynową, ale wiem, że niektórzy nie przepadają za tym smakiem. Dzieciom przyzwyczajonym do zwykłego smaku chałki, ta z cytryną wydaję się być kwaśna.
** Pierwotny przepis pochodzi ze Smaków Świata, z czasem lekko przeze mnie zmodyfikowany.
niedziela, 6 kwietnia 2014
Granola z orzechami włoskimi, migdałami i wodą różaną
Moje uwielbienie do granoli nie jest tajemnicą. Uwielbiam ją piec, zjadać, trzymać w zanadrzu, a także dzielić się nią z innymi.
Nieskromnie stwierdzam, że opanowałam ją do perfekcji. Jest taka, jaka być powinna. Chrupka, ale nie twarda. Złocista, ale nie spalona. Niezbyt słodka i lekko słona.
Kilka składników musi znaleźć się w niej obowiązkowo: płatki owsiane, migdały, orzechy włoskie i sezam. Reszta to już dowolność. Zatem dodatki zależą jedynie od indywidualnych potrzeb, chwilowych zachcianek lub od tego, co mamy akurat w zapasie.
Jak stworzyć granolę idealną? To proste!
Mieszamy płatki owsiane: zwykłe lub górskie (1 szklankę) z ich wersją błyskawiczną (2 szklanki). Dodajemy 3/4 szklanki sezamu, dużo migdałów (koniecznie razem ze skórkami) i orzechów włoskich (po upieczeniu będą cudownie chrupkie i aromatyczne). Możemy dodać garść otrębów, ale nie jest to składnik absolutnie konieczny. Nie możemy zapomnieć również o porządnej szczypcie soli.
Dodajemy miód (4 kopiaste łyżki miodu podgrzewamy aż do uzyskania płynnej konsystencji) oraz olej kokosowy (2 łyżki rozpuszczamy - podobnie jak miód). Musimy również pamiętać o dodaniu około 3/4 filiżanki wody (lub soku jabłkowego, albo herbaty) - ja mieszam zwykłą wodę z wodą różaną.
Całość mieszamy. Wykładamy na blaszkę wyłożoną pergaminem i pieczemy ok. 40 minut w 180 stopniach. Co kilka minut sprawdzamy, czy granola się nie przypala i obowiązkowo mieszamy. Gdy nabierze apetycznego (złotego!) koloru i będzie już prawie całkiem sucha, wyłączamy piekarnik. Jeśli chcemy dodać jakieś suszone owoce (np. żurawinę) to jest to najlepszy moment na wmieszanie owoców do upieczonej (i jeszcze ciepłej) granoli. Gotowy wypiek zostawiamy w piecyku aż do wystygnięcia. Przechowujemy w szczelnym pojemniku. No i jemy ją! O każdej porze dnia - a jeśli ktoś lubi, to i nocy.
Nieskromnie stwierdzam, że opanowałam ją do perfekcji. Jest taka, jaka być powinna. Chrupka, ale nie twarda. Złocista, ale nie spalona. Niezbyt słodka i lekko słona.
Kilka składników musi znaleźć się w niej obowiązkowo: płatki owsiane, migdały, orzechy włoskie i sezam. Reszta to już dowolność. Zatem dodatki zależą jedynie od indywidualnych potrzeb, chwilowych zachcianek lub od tego, co mamy akurat w zapasie.
Jak stworzyć granolę idealną? To proste!

Mieszamy płatki owsiane: zwykłe lub górskie (1 szklankę) z ich wersją błyskawiczną (2 szklanki). Dodajemy 3/4 szklanki sezamu, dużo migdałów (koniecznie razem ze skórkami) i orzechów włoskich (po upieczeniu będą cudownie chrupkie i aromatyczne). Możemy dodać garść otrębów, ale nie jest to składnik absolutnie konieczny. Nie możemy zapomnieć również o porządnej szczypcie soli.
Dodajemy miód (4 kopiaste łyżki miodu podgrzewamy aż do uzyskania płynnej konsystencji) oraz olej kokosowy (2 łyżki rozpuszczamy - podobnie jak miód). Musimy również pamiętać o dodaniu około 3/4 filiżanki wody (lub soku jabłkowego, albo herbaty) - ja mieszam zwykłą wodę z wodą różaną.
Całość mieszamy. Wykładamy na blaszkę wyłożoną pergaminem i pieczemy ok. 40 minut w 180 stopniach. Co kilka minut sprawdzamy, czy granola się nie przypala i obowiązkowo mieszamy. Gdy nabierze apetycznego (złotego!) koloru i będzie już prawie całkiem sucha, wyłączamy piekarnik. Jeśli chcemy dodać jakieś suszone owoce (np. żurawinę) to jest to najlepszy moment na wmieszanie owoców do upieczonej (i jeszcze ciepłej) granoli. Gotowy wypiek zostawiamy w piecyku aż do wystygnięcia. Przechowujemy w szczelnym pojemniku. No i jemy ją! O każdej porze dnia - a jeśli ktoś lubi, to i nocy.
niedziela, 13 października 2013
Jak śliwka w ... owsiankę
Z każdym kolejnym spadającym liściem, rosła moja ochota na powrót do tradycyjnego jesienno - zimowego śniadania. Mimo że jest jeszcze bajecznie ciepło i całkiem słonecznie, to mój organizm nie ma już za bardzo ochoty na koktajle owocowe, czy nawet pomidory. Wszystko to, co latem ma ratować przed upałem, w porze jesiennej staje się naszym wrogiem Jedzenie niczym jesienna garderoba musi ogrzewać, otulać i dobrze nastrajać. Owsianka ze śliwkami spełnia wszystkie te wymagania. Jest aromatyczna, rozgrzewa i daje zastrzyk energii na pół dnia.
Owsianka z korzennymi śliwkami
1 filiżanka płatków owsianych (dowolny rodzaj)
4 łyżki jogurtu naturalnego
1 łyżeczka miodu
kilka śliwek węgierek (ok. 8 sztuk)
garść orzechów (ja użyłam włoskich)
kawałek kory cynamonu i laski wanilii (kawałki ok. 2 cm)
1-2 łyżeczki cukru brązowego
Płatki owsiane podprażamy przez chwilę na patelni (do momentu, kiedy zaczną przyjemnie pachnieć). Przesypujemy je do miseczki i odstawiamy do ostygnięcia. Następnie mieszamy z 3 łyżkami jogurtu wymieszanego z miodem. Tę część najlepiej przygotować dzień wcześniej, odstawiając na noc. Dzięki temu płatki wchłoną jogurt i staną się miękkie.
Śliwki pozbawiamy pestek i kroimy na ćwiartki - wrzucamy do rondelka, zasypujemy cukrem, dodajemy cynamon i wanilię. Smażymy około 10 minut (aż zgęstnieją). Przed zjedzeniem usuwamy korę cynamonu i kawałki laski wanilii (ewentualnie dosładzamy do smaku).
Płatki owsiane dekorujemy korzennymi śliwkami, jeśli sama owsianka jest zbyt gęsta, to możemy dodać do niej jeszcze trochę jogurtu. Dodajemy podprażone orzechy włoskie. Tak przygotowana owsianka jest aksamitna, kremowa, delikatnie ciepła (dzięki śliwkom) i aromatyczna, bo łączy smak śliwek, cynamonu, wanilii i orzechów.
Po takim śniadaniu możemy pójść na długi spacer - obowiązkowo radośnie szurając nogami wśród opadłych liści.
Owsianka z korzennymi śliwkami
1 filiżanka płatków owsianych (dowolny rodzaj)
4 łyżki jogurtu naturalnego
1 łyżeczka miodu
kilka śliwek węgierek (ok. 8 sztuk)
garść orzechów (ja użyłam włoskich)
kawałek kory cynamonu i laski wanilii (kawałki ok. 2 cm)
1-2 łyżeczki cukru brązowego
Śliwki pozbawiamy pestek i kroimy na ćwiartki - wrzucamy do rondelka, zasypujemy cukrem, dodajemy cynamon i wanilię. Smażymy około 10 minut (aż zgęstnieją). Przed zjedzeniem usuwamy korę cynamonu i kawałki laski wanilii (ewentualnie dosładzamy do smaku).
Płatki owsiane dekorujemy korzennymi śliwkami, jeśli sama owsianka jest zbyt gęsta, to możemy dodać do niej jeszcze trochę jogurtu. Dodajemy podprażone orzechy włoskie. Tak przygotowana owsianka jest aksamitna, kremowa, delikatnie ciepła (dzięki śliwkom) i aromatyczna, bo łączy smak śliwek, cynamonu, wanilii i orzechów.
Po takim śniadaniu możemy pójść na długi spacer - obowiązkowo radośnie szurając nogami wśród opadłych liści.
niedziela, 1 września 2013
A figa!
Figi. Szczerze mówiąc wolę ich zieloną wersję. Niby minimalna różnica w smaku, ale jednak.
Nie jest to żadne wiekopomne odkrycie - najlepiej smakują tam, gdzie naturalnie występują, ale nie ma co narzekać, bo to jest ten moment, gdy możemy trochę ich sobie podjeść, znajdując na polskim straganie.
Nie jest to żadne wiekopomne odkrycie - najlepiej smakują tam, gdzie naturalnie występują, ale nie ma co narzekać, bo to jest ten moment, gdy możemy trochę ich sobie podjeść, znajdując na polskim straganie.
sobota, 31 sierpnia 2013
niedziela, 11 sierpnia 2013
Śniadanie filmowe: "French toast vs. Pain perdu*"
To śniadanie prześladowało mnie od dawna. Przepis na nie wyskakiwał z każdej książki kulinarnej, albo z każdego pisma, które ostatnio trafiały do moich rąk** Po raz kolejny (nie wiem który) oglądałam ostatnio film "Sprawa Kramerów"***. Każdy, kto widział go choć raz wie, że smażenie francuskich tostów jest jedną z najważniejszych scen (razy dwa, bo ma miejsce dwukrotnie). Kto filmu nie widział, niech nie da się zwieść przekonaniu, że skoro mowa o tostach, to film jest z gatunku filmów kulinarnych. Nic bardziej mylnego!
Jeśli chodzi o dokładny przepis, to każdy jest odrobinę inny. Zmieniają się proporcje i dodatki. Trzeba zatem spróbować kilku lub wybrać losowo jeden i przetestować - najlepiej na sobie.
Ja wybrałam ten, który podała w WO Marta Gessler - według mnie te proporcje składników są najlepsze. Reszta, czyli dodatki to indywidualny wybór.
Tosty francuskie (lekko zmodyfikowany przeze mnie przepis Marty Gessler)
80 ml mleka
1 jajko
1/2 łyżeczki cukru
skórka otarta z cytryny
kilka kromek chałki (1-2 na osobę) - najlepiej z własnego wypieku
masło do smażenia (niezbędne, bo żaden inny tłuszcz nie nada smaku, o który nam chodzi)
Dodatki
miód lipowy
owoce sezonowe - np. porzeczki, jeżyny, maliny, albo nasiona granatu (lub dowolna konfitura)
W dosyć sporym, ale płaskim naczyniu ubijamy jajka z mlekiem, dodajemy cukier i skórkę z cytryny. Dość grube (ok. 1,5 cm) kromki chałki zanurzamy z obu stron w miksturze, a następnie smażymy na maśle kilka minut z każdej strony. Skórka musi być złoto-brązowa i chrupiąca.
Gotowe tosty polewamy miodem, posypujemy ulubionymi owocami. Możemy również użyć ulubionej konfitury.
Ja dziś - skoro niedziela - wybrałam opcję: miód lipowy (jeszcze płynny, bo świeży - rocznik 2013), ricotta i nasiona granatu.
Jak mawia przed posiłkiem moja siostrzenica (lat trzy): Bon appétit!!!!

*W tłumaczeniu: "zagubione pieczywo"
**Kukbuk nr 4, Wysokie Obcasy nr 30 (737), "Mała paryska kuchnia Rachel Khoo
** * Tytuł oryginalny "Kramer vs. Kramer"
Ja wybrałam ten, który podała w WO Marta Gessler - według mnie te proporcje składników są najlepsze. Reszta, czyli dodatki to indywidualny wybór.
Tosty francuskie (lekko zmodyfikowany przeze mnie przepis Marty Gessler)
80 ml mleka
1 jajko
1/2 łyżeczki cukru
skórka otarta z cytryny
kilka kromek chałki (1-2 na osobę) - najlepiej z własnego wypieku
masło do smażenia (niezbędne, bo żaden inny tłuszcz nie nada smaku, o który nam chodzi)
Dodatki
miód lipowy
owoce sezonowe - np. porzeczki, jeżyny, maliny, albo nasiona granatu (lub dowolna konfitura)
W dosyć sporym, ale płaskim naczyniu ubijamy jajka z mlekiem, dodajemy cukier i skórkę z cytryny. Dość grube (ok. 1,5 cm) kromki chałki zanurzamy z obu stron w miksturze, a następnie smażymy na maśle kilka minut z każdej strony. Skórka musi być złoto-brązowa i chrupiąca.
Gotowe tosty polewamy miodem, posypujemy ulubionymi owocami. Możemy również użyć ulubionej konfitury.
Ja dziś - skoro niedziela - wybrałam opcję: miód lipowy (jeszcze płynny, bo świeży - rocznik 2013), ricotta i nasiona granatu.
Jak mawia przed posiłkiem moja siostrzenica (lat trzy): Bon appétit!!!!

*W tłumaczeniu: "zagubione pieczywo"
**Kukbuk nr 4, Wysokie Obcasy nr 30 (737), "Mała paryska kuchnia Rachel Khoo
** * Tytuł oryginalny "Kramer vs. Kramer"
sobota, 10 sierpnia 2013
Moje domowe przeTwory
Deszcz! Może zabrzmi to dziwnie, ale po tym, co ostatnio miało miejsce (a przecież ja lubię upały), deszcz był wyczekiwanym wybawieniem i upragnionym katharsis. Dzięki niemu można było wreszcie odetchnąć (przede wszystkim chłodniejszym, wilgotnym i rześkim powietrzem), odpocząć i zając się czymś, co w czasach upałów jest niemożliwe i bolesne.
W końcu można było upiec porcję granoli i spędzić pół dnia smażąc konfitury: na przykład porzeczkową oraz wiśniową z odrobiną wanilii*.

<- konfitura wiśniowa z wanilią
konfitura z czerwonej porzeczki ->
Teraz można sobie zaśpiewać i - jeśli ktoś bardzo chce - zatańczyć (jak ten pan: "Singing In The Rain")
* Proporcji nie podaję, bo były mocno "na oko. Podstawą mojej domowej przetwórni jest improwizacja.
W końcu można było upiec porcję granoli i spędzić pół dnia smażąc konfitury: na przykład porzeczkową oraz wiśniową z odrobiną wanilii*.

<- konfitura wiśniowa z wanilią
konfitura z czerwonej porzeczki ->
Teraz można sobie zaśpiewać i - jeśli ktoś bardzo chce - zatańczyć (jak ten pan: "Singing In The Rain")
* Proporcji nie podaję, bo były mocno "na oko. Podstawą mojej domowej przetwórni jest improwizacja.
czwartek, 18 lipca 2013
Śniadaniowo: drożdżowe bułeczki i konfitura z agrestu
Miałam plan upiec chałkę, bo znowu wpadłam w "chałkowy trans". No i odrobinę zaszalałam! Późnym wieczorem upiekłam: dużą chałkę, małą chałkę i bułeczki. A do tego powstała jeszcze ekspresowa konfitura agrestowa, bo kupiłam agrest, który okazał się być strasznie kwaśny i niedojrzały (to się nazywa szczęście w nieszczęściu). Spora ilość cukru oraz cierpliwość (w trakcie mieszania) zmieniła kwaśne, zielone owoce w słodki dodatek do drożdżowych wypieków.
Przepis na chałkę (albo na bułeczki) tutaj * Ciasto jest genialne i łatwe, co nie znaczy, że robi się je szybko. Trzeba trochę się wysilić, ale efekty są tego warte, bo ciasto rośnie jak szalone. Jest puszyste, miękkie i bardzo smaczne.
* źródło: White Plate
Przepis na chałkę (albo na bułeczki) tutaj * Ciasto jest genialne i łatwe, co nie znaczy, że robi się je szybko. Trzeba trochę się wysilić, ale efekty są tego warte, bo ciasto rośnie jak szalone. Jest puszyste, miękkie i bardzo smaczne.
* źródło: White Plate
poniedziałek, 15 lipca 2013
Jagody
Jak wiele wysiłku potrzeba, żeby zebrać większą (niż tylko garść) porcję jagód wie ten, kto sam tego choć raz spróbował. Umysł wypiera negatywne wspomnienia i pozostawia jedynie myśl, że zbieranie jagód to sama przyjemność obcowania z naturą, zakończona nagrodą w postaci jagodowych korali.
Nie wiem kiedy był ostatni raz. Nie pamiętam, więc musiało to być dawno.
Wczoraj nastąpił powrót do przeszłości: wyścig z czasem i z konkurentami. Kto zbierze ich więcej? Kto szybciej wypełni kubeczek? Kto wygra ten wyścig?
A po powrocie do domu pojawia się kolejny dylemat: co z nimi zrobić? Ciasto drożdżowe? Pierogi?
Nie, bo... na początku był jogurt!
Jogurt z jagodami i miodem
Gęsty jogurt naturalny mieszamy z miodem* (ewentualnie z syropem z agawy) i dodajemy świeże jagody.
Nic więcej nie jest potrzebne. Tak o poranku smakuje szczęście!
* Najlepiej z miodem lipowym, ale wiem, że jeszcze chwilę trzeba na niego poczekać.
Nie wiem kiedy był ostatni raz. Nie pamiętam, więc musiało to być dawno.
Wczoraj nastąpił powrót do przeszłości: wyścig z czasem i z konkurentami. Kto zbierze ich więcej? Kto szybciej wypełni kubeczek? Kto wygra ten wyścig?
A po powrocie do domu pojawia się kolejny dylemat: co z nimi zrobić? Ciasto drożdżowe? Pierogi?
Nie, bo... na początku był jogurt!
Jogurt z jagodami i miodem
Gęsty jogurt naturalny mieszamy z miodem* (ewentualnie z syropem z agawy) i dodajemy świeże jagody.
Nic więcej nie jest potrzebne. Tak o poranku smakuje szczęście!
* Najlepiej z miodem lipowym, ale wiem, że jeszcze chwilę trzeba na niego poczekać.
niedziela, 7 lipca 2013
Konfitura truskawkowo - porzeczkowa
Siódmy dzień lipca 2013 przechodzi do historii jako "Dzień porzeczki". Czy ktoś napisał już może książkę kulinarną "Sto potraw z porzeczki"? Jeśli nikt jeszcze nie wpadł na ten pomysł, to ja chętnie się tym zajmę. Ten owoc ma potencjał, bo sprawdzi się na surowo - na przykład jako główny składnik vinegretu*, a także przetworzony - jako kompot, albo jeden ze składników konfitury (np. truskawkowo - porzeczkowej).
Konfitura truskawkowo - porzeczkowa (proporcje wedle własnego uznania)
truskawki + porzeczki (około 1/4 porcji truskawek) + cukier + porcja cierpliwości i wolnego czasu
Owoce myjemy i pozbawiamy szypułek lub gałązek. Osuszamy na papierowym ręczniku, a następnie przesypujemy do dużej miski i zasypujemy cukrem. Przykrywamy szczelnie folią i wstawiamy na noc do lodówki. Następnego dnia smażymy krótko (na bardzo małym ogniu). Po kilku minutach (częstego mieszania), wyłączamy gaz - odstawiamy naczynie z palnika i czekamy aż owoce wystygną. Cały proces powtarzamy około 4 - 5 razy (aż owoce zgęstnieją). W ten sposób unikniemy przypalenia, bo kto chciałby jeść przypaloną konfiturę?
Jeszcze gorącą przekładamy do wyparzonych słoików.**
* W następnej odsłonie porzeczka pojawi się właśnie w vinegrecie.
** Jeśli chcemy przechowywać konfiturę dłużej, napełnione słoiczki powinniśmy poddać pasteryzacji.
Ja moją konfiturę zjem ekspresowo (np. na toście z ricottą), więc zupełnie nie zaprzątam tym sobie głowy.
Konfitura truskawkowo - porzeczkowa (proporcje wedle własnego uznania)
truskawki + porzeczki (około 1/4 porcji truskawek) + cukier + porcja cierpliwości i wolnego czasu
Owoce myjemy i pozbawiamy szypułek lub gałązek. Osuszamy na papierowym ręczniku, a następnie przesypujemy do dużej miski i zasypujemy cukrem. Przykrywamy szczelnie folią i wstawiamy na noc do lodówki. Następnego dnia smażymy krótko (na bardzo małym ogniu). Po kilku minutach (częstego mieszania), wyłączamy gaz - odstawiamy naczynie z palnika i czekamy aż owoce wystygną. Cały proces powtarzamy około 4 - 5 razy (aż owoce zgęstnieją). W ten sposób unikniemy przypalenia, bo kto chciałby jeść przypaloną konfiturę?
Jeszcze gorącą przekładamy do wyparzonych słoików.**
** Jeśli chcemy przechowywać konfiturę dłużej, napełnione słoiczki powinniśmy poddać pasteryzacji.
Ja moją konfiturę zjem ekspresowo (np. na toście z ricottą), więc zupełnie nie zaprzątam tym sobie głowy.
niedziela, 12 maja 2013
Konfitura rabarbarowa z wanilią i migdałami
Czas: Majowy poranek, sobota
Miejsce: Hala Mirowska
Akcja rozgrywa się przy jednym ze straganów. Właśnie odchodziłam z kupionym rabarbarem, a przede mną była pewna pani.
...
Pani X: Pani uważa z tym rabarbarem...
Pani S: Ale dlaczego? (zerknęłam badawczo na zielono - różowe łodygi, udając, że nie wiem o co chodzi, choć podejrzewałam co może nastąpić)
Pani X: Nie można go jeść za dużo. On ma te szczawiany i inne takie.
Pani S: Ale, ale... ja go lubię!
Skąd ten czarny PR? Przecież to jest przyzwoita roślina, której i tak nie jemy przecież w hurtowych ilościach, bo towarzyszy nam tylko w maju. Dlaczego niektórzy się go boją? Ja się nie boję, a nawet powiem więcej, ja go naprawdę lubię. Podobno zawiera dużo błonnika, witaminy A, C i E, a także potas i magnez. I tego się trzymajmy.
Mam ulubioną konfiturę, którą mogę jeść praktycznie przez cały rok. Postanowiłam ją przygotować sama - z tych składników, które jestem w stanie w niej rozpoznać.
Samodzielne smażenie konfitury uświadomiło mi jak dużo cukru ma w sobie ta, którą kupuję, bo moja domowa wersja (mimo że moim zdaniem zawierała dużo cukru, w dalszym ciągu nie była tak słodka, jak oryginał).
Konfitura rabarbarowa z wanilią i migdałami (porcja na jeden mały słoik)
1/2 kg rabarbaru
cukier trzcinowy (dużo cukru, czyli kilka solidnych łyżek)
wanilia (1/2 laski)
garść uprażonych płatków migdałowych
Rabarbar myjemy, odcinamy końcówki i kroimy na kawałki. Zasypujemy 3 łyżkami cukru i odstawiamy na godzinę, żeby puścił sok.
Po tym czasie całość przekładamy do rondla i zaczynamy proces powolnego smażenia. Dodajemy nasionka wanilii (wyskrobane z połowy laski) i cukier (około 2 łyżki). Kiedy owoce zaczną się rozpadać, sok zredukuje, a całość zacznie delikatnie bulgotać, wówczas zmniejszamy ogień i mieszamy co jakiś czas, żeby uniknąć przypalenia. I tak około 30 minut. Pod koniec wrzucamy płatki migdałowe i dalej smażymy przez kilka minut. Jeśli konfitura jest już wystarczająco gęsta (i słodka - a jeśli tak nie jest, to dodajemy cukier według uznania) wyłączamy ogień.
Konfiturę studzimy, a zaraz potem możemy ją jeść - na przykład na chałce i z ricottą.
Tak przygotowana może stać w lodówce kilka dni, ale pewnie i tak długo tam stać nie będzie.
Miejsce: Hala Mirowska
Akcja rozgrywa się przy jednym ze straganów. Właśnie odchodziłam z kupionym rabarbarem, a przede mną była pewna pani.
...
Pani X: Pani uważa z tym rabarbarem...
Pani S: Ale dlaczego? (zerknęłam badawczo na zielono - różowe łodygi, udając, że nie wiem o co chodzi, choć podejrzewałam co może nastąpić)
Pani X: Nie można go jeść za dużo. On ma te szczawiany i inne takie.
Pani S: Ale, ale... ja go lubię!
Skąd ten czarny PR? Przecież to jest przyzwoita roślina, której i tak nie jemy przecież w hurtowych ilościach, bo towarzyszy nam tylko w maju. Dlaczego niektórzy się go boją? Ja się nie boję, a nawet powiem więcej, ja go naprawdę lubię. Podobno zawiera dużo błonnika, witaminy A, C i E, a także potas i magnez. I tego się trzymajmy.
Mam ulubioną konfiturę, którą mogę jeść praktycznie przez cały rok. Postanowiłam ją przygotować sama - z tych składników, które jestem w stanie w niej rozpoznać.
Samodzielne smażenie konfitury uświadomiło mi jak dużo cukru ma w sobie ta, którą kupuję, bo moja domowa wersja (mimo że moim zdaniem zawierała dużo cukru, w dalszym ciągu nie była tak słodka, jak oryginał).
Konfitura rabarbarowa z wanilią i migdałami (porcja na jeden mały słoik)
1/2 kg rabarbaru
cukier trzcinowy (dużo cukru, czyli kilka solidnych łyżek)
wanilia (1/2 laski)
garść uprażonych płatków migdałowych

Rabarbar myjemy, odcinamy końcówki i kroimy na kawałki. Zasypujemy 3 łyżkami cukru i odstawiamy na godzinę, żeby puścił sok.
Po tym czasie całość przekładamy do rondla i zaczynamy proces powolnego smażenia. Dodajemy nasionka wanilii (wyskrobane z połowy laski) i cukier (około 2 łyżki). Kiedy owoce zaczną się rozpadać, sok zredukuje, a całość zacznie delikatnie bulgotać, wówczas zmniejszamy ogień i mieszamy co jakiś czas, żeby uniknąć przypalenia. I tak około 30 minut. Pod koniec wrzucamy płatki migdałowe i dalej smażymy przez kilka minut. Jeśli konfitura jest już wystarczająco gęsta (i słodka - a jeśli tak nie jest, to dodajemy cukier według uznania) wyłączamy ogień.
Konfiturę studzimy, a zaraz potem możemy ją jeść - na przykład na chałce i z ricottą.
Tak przygotowana może stać w lodówce kilka dni, ale pewnie i tak długo tam stać nie będzie.
środa, 1 maja 2013
Gravlax, bo łososia trzeba oceniać surowo!
Jest i on - gravlax! Niecierpliwie czekałam 36 długich godzin. Wierciłam się, kręciłam w pobliżu lodówki, a nawet podglądałam jego marynujące się łososiowe mięsko. Szczęśliwie nastąpił poranek dnia trzeciego i trzeba było sprawdzić, posmakować, ocenić. Ja przyznałam mu już najwyższe noty za styl, smak i konsystencję*. Jest delikatny, lekko słony, z wyraźnie wyczuwalną nutą musztardowo - koperkową. Idealnie kroi się w cieniusieńkie plastry. Właściwie zjadłam go w trakcie krojenia, ale na grzance z żytniego razowego chleba zyskał nowego charakteru.
Gravlax
1 płat świeżego łososia (ok. 0,5 - 0,7 kg)
3 łyżki gruboziarnistej soli morkiej
2 łyżki musztardy (ja użyłam musztardy z whisky i zielonym pieprzem)
4 łyżki ginu
3 łyżki białego cukru
garść ziaren zielonego pieprzu
1-2 pęczki kopru
Świeżą rybę myjemy i dokładnie osuszamy papierowym ręcznikiem. Wszystkie składniki marynaty łączymy.
Na kuchennym blacie rozkładamy duży kawałek folii spożywczej i kładziemy na nim płat ryby. Marynatę (całą porcję) rozsmarowujemy na rybie, a na jej wierzchu układamy koper- nie kroimy go (zdjęcia z tej fazy przygotowań tutaj). Całość niezbyt ciasno owijamy folią (musimy zostawić miejsce na wypływające z rybiego mięsa soki). Zawiniętą rybę kładziemy do naczynia i przykrywamy deską, którą dodatkowo obciążamy (np. butelkami, albo - jak było w moim przypadku - ziemniakami). Wstawiamy do lodówki w najzimniejsze miejsce i czekamy 36 godzin (niektórzy dają rybie 24 godziny, jeszcze inni 48 godzin, ale ja wybieram rozwiązanie połowiczne, bo za krótko źle, ale zbyt długo jeszcze gorzej, bo ryba stanie się sucha i twarda).
Genialny posiłek dla ludzi pracy i idealne rozpoczęcie dzisiejszego święta.
* Tak przygotowany łosoś przypomina w smaku łososia wędzonego na zimno.
Gravlax
1 płat świeżego łososia (ok. 0,5 - 0,7 kg)
3 łyżki gruboziarnistej soli morkiej
2 łyżki musztardy (ja użyłam musztardy z whisky i zielonym pieprzem)
4 łyżki ginu
3 łyżki białego cukru
garść ziaren zielonego pieprzu
1-2 pęczki kopru
Świeżą rybę myjemy i dokładnie osuszamy papierowym ręcznikiem. Wszystkie składniki marynaty łączymy.
Na kuchennym blacie rozkładamy duży kawałek folii spożywczej i kładziemy na nim płat ryby. Marynatę (całą porcję) rozsmarowujemy na rybie, a na jej wierzchu układamy koper- nie kroimy go (zdjęcia z tej fazy przygotowań tutaj). Całość niezbyt ciasno owijamy folią (musimy zostawić miejsce na wypływające z rybiego mięsa soki). Zawiniętą rybę kładziemy do naczynia i przykrywamy deską, którą dodatkowo obciążamy (np. butelkami, albo - jak było w moim przypadku - ziemniakami). Wstawiamy do lodówki w najzimniejsze miejsce i czekamy 36 godzin (niektórzy dają rybie 24 godziny, jeszcze inni 48 godzin, ale ja wybieram rozwiązanie połowiczne, bo za krótko źle, ale zbyt długo jeszcze gorzej, bo ryba stanie się sucha i twarda).
Genialny posiłek dla ludzi pracy i idealne rozpoczęcie dzisiejszego święta.
* Tak przygotowany łosoś przypomina w smaku łososia wędzonego na zimno.
Subskrybuj:
Posty (Atom)










































