Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wegetariańskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wegetariańskie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Bakłażan z bulgurem według Yotama O.

Święta, święta i po świętach... Znam pewną rodzinę, w której panuje tradycja wypowiadania tych słów wcześniej niż nakazuje przyzwoitość lub zdrowy rozsądek, czyli mniej więcej po podzieleniu się opłatkiem i zjedzeniu wigilijnej wieczerzy, ale jeszcze przed rozdaniem prezentów.
Święta minęły, emocje opadły, prezenty spowszedniały, nikt nie wypatruje już pierwszej gwiazdki, czyli to znak, że świąteczne potrawy na rok mogą zniknąć z naszych talerzy (no! może oprócz piernika, którym zamierzam się jeszcze cieszyć przez kilka dni).
Zapragnęłam czegoś "normalnego" - bez grzybów, bez kapusty i nie w formie śledzia. Nie musiałam zbyt długo się zastanawiać - mój wybór padł na bakłażana z kaszą bulgur, masą przypraw, oliwkami, migdałami i rodzynkami. Uwielbiam go! Jestem chyba nawet lekko od niego uzależniona.

Przepis pochodzi z książki "Jerusalem" Autorzy: Yotam Ottolenghi i Sami Tamimi.




Przepis:
2 rozgniecione ząbki czosnku
2 łyżeczki kuminu
2 łyżeczki mielonej kolendry (według oryginalnego przepisu - ja nie dodaję)
duża szczypta chilli
1 łyżeczka słodkiej papryki
skórka otarta z 1 cytryny
140 ml oliwy z oliwek
2 średnie bakłażany
150 g kaszy bulgur
50 g rodzynek sułtanek
liście kolendry i mięty (zimą zastępuję je dużą ilością natki pietruszki)
50 g zielonych oliwek (pokrojonych)
30 g podprażonych migdałów (w przepisie - bez skórek, ja dodaję migdały wraz z skórką)
3 cebulki dymki (ja dodaję je wyłącznie w wersji letniej, zimą po prostu nie dodaję wcale)
sok z cytryny
120 g jogurtu greckiego (ja nie dodaję)

Bakłażany myjemy i przecinamy na pół. Środek nacinamy nożem - w kratkę. 

Włączamy piekarnik - rozgrzewamy do 180 st.

W małej miseczce (lub w moździerzu) łączymy rozgnieciony czosnek, kumin, kolendrę, chilli, słodką paprykę, skórkę z cytryny, 2/3 oliwy z oliwek i 1/2 łyżeczki soli.





Wierzch bakłażanów smarujemy oliwą z przyprawami, przekładamy na blaszkę wyłożoną pergaminem lub do naczynia żaroodpornego i pieczemy około 40 minut (aż bakłażan zmięknie).

W tak zwanym międzyczasie gotujemy kaszę bulgur (w osolonej wodzie). Po ugotowaniu kaszy dodajemy: rodzynki, pokrojone migdały i oliwki, dymkę, sok z cytryny, sól, kolendrę z miętą (lub natkę pietruszki) oraz pozostałą oliwę z oliwek. Całość mieszamy.

Kaszę serwujemy na ciepłych bakłażanach. Możemy również dodać jogurt grecki.

Moim zdaniem bakłażan w takiej postaci to mistrzostwo!


niedziela, 16 marca 2014

Nie strasz mnie brukselką! I tak się nie boję.

Brukselka. Małe dziwadło. Przez niektórych znienawidzona. Podobnie jak szpinak kojarzy się z obiadowymi koszmarami z dzieciństwa.
Ja nie mam z nią problemu. Może dlatego, że nie mam traumatycznych wspomnień (albo je zwyczajnie wyparłam). Nikt mnie do niej nie zmuszał. Nikt nie podsuwał mi jej pod nos, odgrażając się jednocześnie, że deseru nie będzie, jeśli jej nie zjem. Dzięki temu dziś mogę jeść brukselkę bez obaw i wstrętu.
Te małe kapustki są śliczne i bardzo łatwe w obsłudze. Najbardziej lubię je tak, jak widać na zdjęciu - duszone krótko na oliwie z innymi (dowolnymi) warzywami: marchewką, porem, selerem naciowym, fenkułem . Po ugotowaniu wystarczy wymieszać z kaszą (np. jaglaną, albo bulgur), posypać orzechami włoskimi i listkami świeżego tymianku.

Tylko tyle i aż tyle!


niedziela, 15 września 2013

Przetwór mojej wyobraźni - domowy ketchup

O tym, że w kuchni warto zwracać uwagę na sezonowość, nie trzeba raczej przypominać. Ale czy warto ryzykować danie, gdy nasz nastrój, czy okoliczności pozostawiają wiele do życzenia? To dosyć oczywiste, że jeśli mamy czas, dużo cierpliwości i dobry nastrój, to uda na się coś bardziej skomplikowanego, czy przynajmniej bardziej wymagającego (np. ciasto drożdżowe, jakiś skomplikowany sos, czy chociażby bita śmietana).
W takim razie, czy jest coś, co można ugotować, kiedy trzeba zużyć energię i uspokoić skołatane nerwy?
Okazuje się, że jest coś takiego. Zabrzmi to groteskowo, ale nie ma nic lepszego niż przygotowanie domowego ketchupu. Można "ciachać", siekać, dusić, miażdżyć i miksować do woli i bez opamiętania. I nie mówię tu o żadnych wymyślnych torturach, ale o zwykłym procesie domowego przetwórstwa.

Ketchup - czyli jesienny przetwór mojej wyobraźni!


Domowy ketchup (wersja ostra)*
Pomidory
Marchew, korzeń pietruszki, kawałek selera, cebula, czosnek
Papryka słodka (świeża + w proszku), ostra papryczka
Cynamon, goździki, liść laurowy, ziele angielskie, pieprz, sól
Ocet (ja użyłam jabłkowego)
Cukier

Wszystkie warzywa siekamy i wrzucamy do dużego garnka. Dusimy na ogniu tak długo, aż wszystkie zmiękną, a całość zgęstnieje. Przed zmiksowaniem (lub przetarciem) wyjmujemy goździki, liść laurowy i ziele angielskie. Dodajemy ocet, cukier i cynamon. Gotujemy, smakujemy i jeszcze doprawiamy (jeśli trzeba).
Gorący ketchup wkładamy do wyparzonych słoiczków, mocno zakręcamy i odstawiamy do ostygnięcia - stawiając je do góry dnem.
Jeśli chcemy przygotować ketchup nieco łagodniejszy, to wystarczy wyeliminować ostrą paprykę.

Taki ketchup przyda nam się do zimowych kanapek z serem żółtym, abo do awanturki z makreli, czy z tuńczyka.


* Nie podaję proporcji, bo ketchup powstał w drodze eksperymentu. Bez pomiarów ile i czego potrzeba - po prostu użyłam tego, co miałam i co uznałam, że wydobędzie smak, o którym myślę. Zatem proporcje są mocno "na oko".

niedziela, 18 sierpnia 2013

Szybki slow food miejski

Ile radości może sprawić obiad zrobiony w 30 minut, składający się w głównej mierze ze składników, których źródło jest mi dobrze znane? Zaprawdę powiadam wam - wiele radości!
Wiem dokładnie, kto wyhodował pomidory, cukinię, paprykę, pora, więc to dla mnie prawdziwe skarby.
Tylko bakłażan i świeży tymianek były bardziej anonimowe, bo zostały kupione pod Halą Mirowską, a oliwa w sprawdzonym i ukochanym sklepie z włoskimi produktami.

  

 

To był bardzo szybki slow food, bo szkoda by było spędzić taki cudny dzień siedząc w domu.
Piękne lato, piękny sierpień, piękna niedziela...Trzeba było wskoczyć na rower i mrużąc oczy od słońca, jechać przed siebie, odwiedzając między innymi stały letni punkt programu, czyli Zielony Jazdów. A tam jak zwykle warzywno - roślinne cuda (np. pomidory uwiecznione na zdjęciu).

Wszystkie warzywa zostały usmażone na oliwie z oliwek (każde osobno), a następnie połączone i duszone w sosie pomidorowym. Tylko tyle i aż tyle!



sobota, 10 sierpnia 2013

Moje domowe przeTwory

Deszcz! Może zabrzmi to dziwnie, ale po tym, co ostatnio miało miejsce (a przecież ja lubię upały), deszcz był wyczekiwanym wybawieniem i upragnionym katharsis. Dzięki niemu można było wreszcie odetchnąć (przede wszystkim chłodniejszym, wilgotnym i rześkim powietrzem), odpocząć i zając się czymś, co w czasach upałów jest niemożliwe i bolesne.
W końcu można było upiec porcję granoli i spędzić pół dnia smażąc konfitury: na przykład porzeczkową oraz wiśniową z odrobiną wanilii*.





<- konfitura wiśniowa z wanilią


konfitura z czerwonej porzeczki        ->











Teraz można sobie zaśpiewać i - jeśli ktoś bardzo chce - zatańczyć (jak ten pan: "Singing In The Rain")

* Proporcji nie podaję, bo były mocno "na oko. Podstawą mojej domowej przetwórni jest improwizacja.

środa, 24 lipca 2013

Prosta historia - pesto i pomidory

To jest to, co kocham najbardziej. Jedzenie, które nie wymaga sztuczek, wielkich przygotowań, ani specjalnego wysiłku. Potrzeba jedynie trochę wyobraźni, kilka podstawowych sezonowych składników i chęć, żeby przygotować samemu to, co najlepsze. A przecież zasłużyliśmy na to!


Domowe bazyliowe pesto - koniecznie ucierane w moździerzu (a nie za pomocą blendera).
Proszę mi wierzyć różnica jest przeogromna. Czosnek ucieramy z solą, dodajemy liście bazylii, następnie oliwę z oliwek, pieprz, płatki migdałów i starty parmezan.

 

Sałatka z kolorowych pomidorków koktajlowych - z oliwą, octem balsamicznym, solą, pieprzem i czosnkiem (można dodać jeszcze cienkie krążki młodej cebuli).

Grzanki z chleba pszennego na zakwasie*



* Chleb oczywiście domowy - dar, który otrzymałam od Pani A.

środa, 17 lipca 2013

Marynowane pomidory

Kocham pomidory! Bez nich życie byłoby nieznośnie nudne. Lubię je w każdej postaci, więc szukam nowych pomysłów i inspiracji. Stąd też pomysł, żeby je zamarynować.

 

Marynowane pomidory* (proporcje na 1i1/2l)
1 i 1/2 kg pomidorów (najlepsze będą małe - np. koktajlowe)
2 ząbki czosnku
kilka listków świeżej bazylii i gałązki
kilkanaście ziaren kolorowego pieprzu
200 ml octu jabłkowego
400 ml cukru
600 ml wody
2 łyżeczki soli

 

Pomidory myjemy i nakłuwamy ostrym nożem. Gotujemy zalewę z : octu, wody, cukru i soli. Czosnek kroimy w plasterki. Słoiki napełniamy warstwowo: pomidorami, czosnkiem, ziarenkami kolorowego pieprzu, gałązkami tymianku i bazylią. Następnie zalewamy ostudzona zalewą. Słoik zakręcamy szczelnie.

* Przepis pochodzi z Food&Friends (Numer 11, Październik 2012)

wtorek, 16 lipca 2013

Sałatka z bobu, fasolki szparagowej i cukinii, czyli przepis na to, jak zzielenieć z radości

Dobór składników do tej letniej sałatki był bardzo prosty. Kompozycja zawiera głównie zielone składniki, bo to kolor świeżości i lata.
Poszłam więc na bazar z postanowieniem, że będę  monotematyczna. Wybierałam kolejno: najpierw bób, potem zieloną fasolkę szparagowa, młodą cukinię, natkę pietruszki.
Reszta składników to tylko dodatki, które dobrze komponują się z zieleniną: quinoa, czosnek, oliwa i orzeszki piniowe.

 

Bób, fasolkę i komosę ryżową gotujemy w osolonej wodzie (w oddzielnych naczyniach). Cukinię smażymy krótko na oliwie z czosnkiem i solą. Wszystko mieszamy w dużej misce. Dodajemy ulubione przyprawy oraz sos pesto, czyli czosnek utłuczony w moździerzu z solą, a następnie z natką pietruszki oraz oliwą z oliwek. Całość posypujemy orzeszkami piniowymi. Serwujemy wedle uznania - na ciepło lub na zimno.



poniedziałek, 8 lipca 2013

Porzeczkowy winegret

Tradycyjna wizyta na targu musi skończyć się dźwiganiem dziesięciu wypełnionych po brzegi toreb. Świetna alternatywa dla znienawidzonej przez mnie siłowni, więc narzekać nie mogę. Tak naprawdę mogę tylko żałować, że rączki mam tylko dwie i nie mogę zabrać ze sobą wszystkiego, co tam widziałam. A widziałam wiele i na większość miałam ochotę.
I tak właśnie powstała pewna sałatka - z tego, czego w lipcu nie może zabraknąć w moim jadłospisie: z bobu, młodej marchwi, czosnku, natki pietruszki i porzeczek. Ale najważniejszy był sos!

 

Porzeczkowy winegret:
1 duża garść czerwonych porzeczek
1-2 łyżki oliwy z oliwek
kilka kropel octu balsamicznego
1 łyżeczka miodu (ewentualnie syropu z agawy lub cukru trzcinowego)
kilka listków świeżego tymianku
szczypta soli

Porzeczki myjemy i pozbawiamy gałązek. Przecieramy przez sitko, żeby pozbyć się pestek i skórek. Do przetartych owoców dodajemy cukier/miód lub syrop z agawy, odrobinę soli oraz kilka kropli octu balsamicznego. Na sam koniec - cienką stróżką wlewamy oliwę z oliwek. Dokładnie mieszamy i dodajemy tymianek. I gotowe!

Doskonały dodatek do prostych sałat lub serów (kozich lub Korycińskich) - rubinowy, piękny i taki w smaku... nieoczywisty!





niedziela, 7 lipca 2013

Konfitura truskawkowo - porzeczkowa

Siódmy dzień lipca 2013 przechodzi do historii jako "Dzień porzeczki". Czy ktoś napisał już może książkę kulinarną "Sto potraw z porzeczki"? Jeśli nikt jeszcze nie wpadł na ten pomysł, to ja chętnie się tym zajmę. Ten owoc ma potencjał, bo sprawdzi się na surowo - na przykład jako główny składnik vinegretu*, a także przetworzony - jako kompot, albo jeden ze składników konfitury (np. truskawkowo - porzeczkowej).


Konfitura truskawkowo - porzeczkowa (proporcje wedle własnego uznania)
truskawki + porzeczki (około 1/4 porcji truskawek) + cukier + porcja cierpliwości i wolnego czasu

Owoce myjemy i pozbawiamy szypułek lub gałązek. Osuszamy na papierowym ręczniku, a następnie przesypujemy do dużej miski i zasypujemy cukrem. Przykrywamy szczelnie folią i wstawiamy na noc do lodówki. Następnego dnia smażymy krótko (na bardzo małym ogniu). Po kilku minutach (częstego mieszania), wyłączamy gaz - odstawiamy naczynie z palnika i czekamy aż owoce wystygną. Cały proces powtarzamy około 4 - 5 razy (aż owoce zgęstnieją). W ten sposób unikniemy przypalenia, bo kto chciałby jeść przypaloną konfiturę?
Jeszcze gorącą przekładamy do wyparzonych słoików.**



* W następnej odsłonie porzeczka pojawi się właśnie w vinegrecie.
** Jeśli chcemy przechowywać konfiturę dłużej, napełnione słoiczki powinniśmy poddać pasteryzacji.
Ja moją konfiturę zjem ekspresowo (np. na toście z ricottą), więc zupełnie nie zaprzątam tym sobie głowy.

czwartek, 30 maja 2013

Lunch box na piątek - sałatka z komosy ryżowej z warzywami

Nareszcie nadszedł czas, kiedy od pomysłu na jutrzejszy obiad, do jego wykonania dzieli nas zaledwie chwila i gdy sam proces wymyślania nie jest specjalnie bolesny. Wystarczą minimalne zapasy podstawowych produktów plus odrobina sezonowych warzyw i ziół. Nie musimy niczego smażyć, długo gotować, czy piec. Wystarczy posiekać, wymieszać, zapakować i radośnie skonsumować następnego dnia w pracy.

 

Jutro mój lunch box będzie zawierał sałatkę z: komosy ryżowej, świeżego ogórka, pomidora malinowego (oraz dodatkowo - suszonego), dymki, kaparów, dużej ilości świeżego tymianku.
Tym, co dopełni całości, będzie sos, który powstał z czosnku utłuczonego w moździerzu z solą morską wraz z liśćmi bazylii, z dodatkiem soku z imbiru i oliwy z oliwek. Do tego pieprz i ostra papryka i gotowe!



wtorek, 21 maja 2013

Anchoiade - smakując Prowansję

Od pewnego czasu bywam w Prowansji. Nie jest to jednak przebywanie w sensie fizycznym, ale raczej bywanie w wymiarze duchowym i kulinarnym, a wszystko to za sprawą pewnej lektury*.
Czterdzieści lat temu pewna pisarka i autorka książek kulinarnych postanowiła przenieść się z Kalifornii do Prowansji i całą tę historię opisała ze szczegółami (zwłaszcza kulinarnymi) w swojej książce. Na szczęście dla czytelnika Brennan wie, o czym pisze, więc lektura ta jest czystą przyjemnością, która pobudza zmysły (o apetycie nie wspominając).
Właśnie dzięki Georgeanne Brennan zapragnęłam nagle grzanek z anchoiade.I tak też uczyniłam.

Prowansalskie anchoiade**
1 ząbek czosnku
szczypta soli gruboziarnistej
2 duże garście oliwek (ja użyłam różnych gatunków)
1-2 łyżki oliwy z oliwek (z pierwszego tłoczenia)
natka pietruszki
1 łyżka kaparów
1 filet anchois
kilka gałązek świeżego tymianku




Czosnek ucieramy z solą w moździerzu. Oliwki odsączmy z zalewy i pozbawiamy pestek. Do blendera wrzucamy czosnek z solą, oliwki, kapary, anchois, natkę pietruszki i tymianek. Całość dokładnie miksujemy. Na sam koniec dodajemy oliwę z oliwek - tyle oliwy, żeby całość uzyskała konsystencję pasty.

Oliwkową pastę podajemy na grzankach. A do tego koniecznie sałatkę ze świeżych pomidorów z octem balsamicznym, dymką i bazylią, która cudownie równoważy ostry czosnkowy i słony sardelowy smak. Ja ten smak wielbię. A jak już chcemy, żeby było idealnie, to musimy jeszcze otworzyć butelkę dobrego białego wina.

Z każdym kęsem jesteśmy bliżej Prowansji.


* "Świnia w Prowansji. Dobre jedzenie i proste przyjemności w południowej Francji".
** Anchoide od tapenade różni zaledwie jeden składnik - a mianowicie fileciki sardeli.

niedziela, 12 maja 2013

Konfitura rabarbarowa z wanilią i migdałami

Czas: Majowy poranek, sobota
Miejsce: Hala Mirowska
Akcja rozgrywa się przy jednym ze straganów. Właśnie odchodziłam z kupionym rabarbarem, a przede mną była pewna pani.

...
Pani X: Pani uważa z tym rabarbarem...
Pani S: Ale dlaczego? (zerknęłam badawczo na zielono - różowe łodygi, udając, że nie wiem o co chodzi, choć podejrzewałam co może nastąpić)
Pani X: Nie można go jeść za dużo. On ma te szczawiany i inne takie.
Pani S: Ale, ale... ja go lubię!

Skąd ten czarny PR? Przecież to jest przyzwoita roślina, której i tak nie jemy przecież w hurtowych ilościach, bo towarzyszy nam tylko w maju. Dlaczego niektórzy się go boją? Ja się nie boję, a nawet powiem więcej, ja go naprawdę lubię. Podobno zawiera dużo błonnika, witaminy A, C i E, a także potas i magnez. I tego się trzymajmy.

Mam ulubioną konfiturę, którą mogę jeść praktycznie przez cały rok. Postanowiłam ją przygotować sama - z tych składników, które jestem w stanie w niej rozpoznać.
Samodzielne smażenie konfitury uświadomiło mi jak dużo cukru ma w sobie ta, którą kupuję, bo moja domowa wersja (mimo że moim zdaniem zawierała dużo cukru, w dalszym ciągu nie była tak słodka, jak oryginał).

Konfitura rabarbarowa z wanilią i migdałami (porcja na jeden mały słoik)
1/2 kg rabarbaru
cukier trzcinowy (dużo cukru, czyli kilka solidnych łyżek)
wanilia (1/2 laski)
garść uprażonych płatków migdałowych


 

Rabarbar myjemy, odcinamy końcówki i kroimy na kawałki. Zasypujemy 3 łyżkami cukru i odstawiamy na godzinę, żeby puścił sok.
Po tym czasie całość przekładamy do rondla i zaczynamy proces powolnego smażenia. Dodajemy nasionka wanilii (wyskrobane z połowy laski) i cukier (około 2 łyżki). Kiedy owoce zaczną się rozpadać, sok zredukuje, a całość zacznie delikatnie bulgotać, wówczas zmniejszamy ogień i mieszamy co jakiś czas, żeby uniknąć przypalenia. I tak około 30 minut. Pod koniec wrzucamy płatki migdałowe i dalej smażymy przez kilka minut. Jeśli konfitura jest już wystarczająco gęsta (i słodka - a jeśli tak nie jest, to dodajemy cukier według uznania) wyłączamy ogień.
Konfiturę studzimy, a zaraz potem możemy ją jeść - na przykład na chałce i z ricottą.
Tak przygotowana może stać w lodówce kilka dni, ale pewnie i tak długo tam stać nie będzie.



czwartek, 9 maja 2013

Szparagowy maj - raj

Na obiad.
Na kolację.
Nawet na śniadanie.
Teraz rządzi szparag!
Krótkie to rządy, więc trzeba się śpieszyć.

sobota, 16 lutego 2013

B-I-G-O-S - oldschool w najczystszej postaci (wersja vege)

Nie wiem czy to bardziej żart, czy jednak eksperyment, ale zrobiłam to! Pierwszy raz w życiu popełniłam bigos. Może dla większości to nie będzie prawdziwy bigos, bo bez mięsa, ale ja nie czuję większej różnicy w samym smaku. Możliwe jednak, że pamięć mnie zawodzi, bo bigosu nie jadłam od wielu, wielu lat, a o mięsie też już dawno zapomniałam.
Jedno jest pewne - to, co powstało smakuje tak, jak smakowało w dzieciństwie (a wtedy był to zdecydowanie przysmak). Jadałam go w zestawie obowiązkowym: bigos, chleb posmarowany grubo masłem i herbata earl grey (koniecznie z cukrem).
Czy będę do niego częściej wracać? Tego jeszcze nie wiem. Może wrócę do niego za kolejnych dziesięć lat - kto wie? Warto było znowu poczuć ten smak!



Bigos* (vege) - ok. 3-4 porcje
1/4 główki świeżej kapusty
ok. 300 g kiszonej kapusty
1 marchewka
1 średnia czerwona cebula
1 ząbek czosnku
2 łyżeczki powideł śliwkowych
3 suszone śliwki
1 łyżka koncentratu pomidorowego
1 liść laurowy
ziele angielskie (x2)
sól
woda (ok. 1 szklanka)
garść grzybów leśnych - podgrzybki będą najlepsze

Zaczynamy od umycia suszonych grzybów. Namaczamy je w wodzie i odstawiamy na ok. godzinę. Cebulę i czosnek siekamy drobno i wrzucamy do rondla z rozgrzaną oliwą. Dodajemy startą na dużych oczkach marchewkę. Smażymy kilka minut, a następnie dodajemy poszatkowaną świeżą oraz kiszoną kapustę. Dorzucamy liść laurowy i ziele angielskie, a także odsączone z wody grzyby (kroimy je na mniejsze kawałki, jeśli są zbyt duże).
Zalewamy przegotowaną wodą i gotujemy około godzinę - mieszając od czasu do czasu. Dodajemy powidła, pokrojone suszone śliwki i gotujemy dalej (ok. 40 minut). Zestawiamy z ognia, a po ostygnięciu wstawiamy na noc do lodówki.
Następnego dnia ponownie rozpoczynamy proces gotowania (dolewamy wodę, żeby bigos nie przypalał się). Dodajemy koncentrat pomidorowy i sól - jeśli trzeba. Gotujemy, gotujemy i gotujemy... A potem chłodzimy i następnego dnia bigos powinien być gotowy do zjedzenia.

Urządzamy sobie "dzień z kuchnią polską" (lekko zmodyfikowaną).


* A wskazówek udzielała Pani E. - mistrzyni w kategorii "bigos klasyczny".

wtorek, 5 lutego 2013

O soczewicy, Dzikim Zachodzie i genach...

Kiedyś byłoby tak:

Pani S: Oj! Tato! Przecież to western, tego się nie da oglądać. One wszystkie są takie same. Nie, ja tego nie będę oglądać. Nigdy, prze-nigdy!
Pan G**: Ale to jest western pierwsza klasa. Z Johnem Waynem! Ty się po prostu nie znasz!
...
I tak to trwało przez ładnych parę lat. Aż do dziś, bo oto wieczorem pobiegłam co tchu, żeby odebrać książkę, na którą czekałam od dwóch tygodni. I nie była to wcale książka, o chęć przeczytania której można by mnie posądzać. Nie sądźmy po pozorach! Im starsi jesteśmy, tym bardziej przekonujemy się, że siła genów jest ogromna. Możemy zaprzeczać, buntować się, oszukiwać samych siebie, ale kiedyś geny się na nas zemszczą - w mniej lub bardziej wyrafinowany sposób. Mnie zemsta "genu fana Dzikiego Zachodu" właśnie dopadła. Nie zawaham się przeczytać historii okrutnych i krwawych "Braci Sisters" Patricka DeWitta**. I co bardziej zaskakujące - kwiczę na samą myśl o tym.

Ale żebym mogła dziś wieczorem spokojnie zasiąść na sofie wraz z "braćmi", muszę szybko przygotować jutrzejszy obiad, a właściwie obiad musi przygotować się sam. Dziś na nic więcej pozwolić sobie nie mogę. To będzie "tylko", albo "aż" soczewica z warzywami.

Czerwona soczewica z warzywami (a la gulasz; około dwie porcje)
1 średnia marchewka
1 mała pietruszka (korzeń)
natka pietruszki
1 duży ziemniak
1/2 średniego pora
1/2 czerwonej papryki
1/2 średniej cukinii
1 filiżanka czerwonej soczewicy
1 łyżka koncentratu pomidorowego
sól i pieprz
ostra papryka
1/3 łyżeczki utłuczonego w moździerzu kuminu
kawałek świeżego imbiru
ok. 1/2 l wody + pół kostki bulionu (eko)
2 łyżki oliwy
1 ząbek czosnku






Wszystkie warzywa kroimy w niewielkie kawałki. W rondlu rozgrzewamy oliwę i wrzucamy kolejno: marchew, pietruszkę, ziemniaka i paprykę - smażymy ok. 4 minuty, a następnie dodajemy: pokrojony czosnek, por i cukinię - smażymy kolejne 4-5 minut. Jako ostatni podsmażany składnik, dodajemy soczewicę. Po kilku kolejnych minutach całość zalewamy bulionem. Mieszamy i dodajemy resztę składników, czyli najpierw koncentrat, starty imbir i przyprawy. Całość gotujemy około 30 minut - aż wszystkie warzywa (głównie ziemniaki i marchew) zmiękną. W razie potrzeby dolewamy wodę. Potrawa musi mieć konsystencję gulaszu. Musi rozgrzewać i poprawiać nam humor (na mnie tak właśnie działa). Podajemy z solidną porcją natki pietruszki.

* Pan G - czyli Tata, dla pewnych wybranych osób "Pan Tata", miłośnik westernów, John'aa Wayne'a i Johnny'ego Cash'a.
**Jak zwykle Michał Nogaś stoi za tą rekomendacją, a ja mu wierzę i czytam to, co poleci (w Trójkowym programie "Z najwyższej półki" i  w "Trójkowym Znaku Jakości".

sobota, 26 stycznia 2013

Czekoladowo - kokosowa quinoa z orzechami i daktylami

Sobotni poranek. Otwieram jedno oko. Otwieram drugie oko. Szczęśliwie trzeciego nie mam, więc mogę przejść do kolejnego etapu opowieści. Boję się pomyśleć co dzieje się za oknem, ale jest nadzieja, bo nie słyszę odgłosów towarzyszących odśnieżaniu, które budziły mnie brutalnie przez ostatnie dni. Zanim zmierzę się z tym, co szykuje dla mnie zima, muszę jednak zjeść coś dobrego na śniadanie.
Dziś śniadanie ma być ciepłe, słodkie i ... leniwe. Jego przygotowanie może nawet zająć dłuższą chwilę, bo jest weekend, więc pośpiech nie jest wskazany. Owsianka ostatnio już nie cieszy, więc dziś musi być inaczej. Dziś główną rolę zagra quinoa.

Quinoa czekoladowo - kokosowa*
1/2 puszki mleka kokosowego
4 łyżki quinoa
4 kostki gorzkiej czekolady
1 łyżka syropu z agawy
2 daktyle
garść prażonych orzechów laskowych i migdałów


Quinoa - czyli komosę ryżową przepłukujemy zimną wodą. Wrzucamy do rondla, zalewamy mlekiem kokosowym (jeśli jest zbyt gęste możemy dolać odrobinę wody) i zagotowujemy. Następnie zmniejszamy ogień i czekamy około 15 minut aż quinoa podwoi objętość i wchłonie część mleka (mieszamy od czasu do czasu). Pod koniec gotowania dodajemy syrop z agawy (ewentualnie miód) i kilka kostek gorzkiej czekolady. Wykładamy do miseczki, posypujemy orzechami, migdałami i pokrojonymi daktylami.
Elementem dodatkowym i koniecznym jest jeszcze kubek mocnej kawy.


* Inspiracja - przepis z bloga Gotuje, bo lubi

sobota, 12 stycznia 2013

Nie wszystko złoto, co się... złoci - polenta

Polenta - kaszka kukurydziana. Niepozorna, drobna, złocista i bezglutenowa... Łatwa w przygotowaniu i bardzo plastyczna. Można ugotować (i na słodko, i na słono), a potem jeszcze dodatkowo podsmażyć, albo grillować.
 

Polenta - w wersji podsmażanej
2 szklanki wody (albo bulionu warzywnego)
1/2 szklanki kaszki kukurydzianej
sól
oliwa

Do gotującej się i osolonej wody wsypujemy kaszkę. Cały czas mieszając, gotujemy ok 3-5 minut. Jeszcze ciepłą polentę przekładamy do formy, w której będzie tężała i stygła (ok. pół godziny).
Po ostygnięciu kroimy w dowolne kawałki i podsmażamy na oliwie (możemy użyć patelni grillowej). Smażenie trwa dosyć długo - bo kukurydziane kawałki staną się złote po około 15 minutach.

Możemy podawać z podsmażonymi borowikami albo pieczarkami (z dodatkiem cebuli, czosnku i natki pietruszki).






środa, 2 stycznia 2013

Owsianka Pani A.

Kiedy rano pytam: kto będzie jadł owsiankę?! - zwykle brakuje chętnych, jednak do garnka wsypuję dwie dodatkowe garście płatków, bo wiem, że kiedy tylko usiądę do stołu, mój talerz obsiądzie stadko głodnych sępów i może się okazać, że dla mnie zostanie niewiele.
To moje ulubione zimowe śniadanie, rozgrzewające, sycące, słodkie. Najbardziej lubię owsiankę z dodatkiem niesiarkowanych moreli, mieszanką orzechów i migdałów. Kilka kandyzowanych żurawin to już wisienka na torcie, czasem parę kropli syropu z agawy. Do tego filiżanka pachnącej kawy...
Młodziaki uwielbiają owsiankę "straccietella" - z posiekaną kostką dobrej, gorzkiej czekolady, czasem z plasterkami banana, wydają wtedy z siebie pomruki zadowolenia, co najmniej tak głośne jak nad talerzem babcinego rosołu.



szklanka mleka
szklanka wody
trzy, cztery garście płatków owsianych - garść mam niewielką ;-)
trzy niesiarkowane morele
kilka migdałów ze skórką
klika orzechów włoskich
kilka orzechów laskowych
kilka kandyzowanych żurawin
szczypta soli
ewentualnie odrobina syropu z agawy lub płynnego miodu


Płatki wrzucamy do garnka i zalewamy z wodą i mlekiem. Dodajemy szczyptę soli i pokrojone w kostkę morele - koniecznie niesiarkowane*. Kiedy całość się zagotuje, przekładamy owsiankę do miseczek i posypujemy ulubionymi dodatkami (orzechy, suszone owoce). Jeśli słodycz rozgotowanych moreli okaże się niewystarczająca, możemy polać owsiankę syropem z agawy, płynnym miodem lub syropem klonowym. 
W wersji de lux, przed wyłożeniem na talerz, możemy dodać jeszcze łyżeczkę masła.

Czekam, aż owsianka trochę przestygnie i stężeje, a płatki napęcznieją - taką lubię najbardziej.

* Niesiarkowane morele nie są tak ładne jak te siarkowane (pomarańczowe) Mają ciemną, brązową barwę, ale smakują cudownie, są o wiele słodsze i bardziej aromatyczne.

niedziela, 28 października 2012

Sezamowa pasta z dyni zgapiona od pewnej Pani, która Gotuje, bo lubi.

Nie ma co się rozpisywać - pomysł na tę pastę nie jest mój. Zobaczyłam ten przepis i wiedziałam, że muszę go jak najszybciej wypróbować. Dzisiejsze śniadanie zawdzięczam więc w połowie jego autorce, resztę zrobiłam sama i nie żałuję. Pasta dyniowo - sezamowa jest bombowa.

Dziś od rana wszystko było slow (zwłaszcza food i Żoliborz...).

Przepis na pastę - na blogu Gotuje, bo lubi