sobota, 21 lipca 2012

Panzanella - pomidorowe szaleństwo!

Przez kilka ostatnich dni byłam lekko bezdomna. Krótki remont sprawił, że trzeba było spakować klamoty i poupychać resztę rzeczy, gdzie się tylko dało. Schronieniem nie musiałam się martwić. W zasadzie trafiłam do raju - miałam wszystko, czego do szczęścia było mi trzeba.
Szczęśliwie jednak już powróciłam i niczym Jack Nicholson w "Lśnieniu" mogę powiedzieć "Wendy, I'm home".
Piątkowy wieczór i część nocy spędziłam na rozpakowywaniu rzeczy, sprzątaniu, układaniu... Myślałam, że nie mam ich wielu, a jednak zaskoczyło mnie, że jednak obrosłam w rzeczy w sposób niekontrolowany. Czyżbym zapomniała o tym, że w życiu należy bardziej "być" niż "mieć"?
Zmęczenie fizyczne i psychiczne, nie odwiodło mnie od sobotniej wizyty na Hali Mirowskiej. I tu potwierdza się, że dziś też bardziej "mam" niż "jestem", ale dobrze mi z tym, bo zestaw składający się z: miliona pomidorów, cukinii, bakłażanów, śliwek, malin, fasoli, melonów i kwiatów zrekompensował mi trudy dnia poprzedniego. Nagradzam się jedzeniem? To chyba niebezpieczna sytuacja, ale nie ma zamiaru za bardzo się tym teraz przejmować.
Kupiłam pięć rodzajów pomidorów: żółte, czarne, koktajlowe, podłużne, malinowe... Zrobiłam to celowo, bo od dłuższego już czasu śniła mi się po nocach panzanella, więc dziś jest ten dzień!



Panzanella - skład sałatki
Pomidory (najlepiej różne rodzaje)
Czerstwe pieczywo
Oliwki
Fileciki anchois (opcjonalnie)
Cebula
Oliwa + sok z cytryny
sól i pieprz
Świeża bazylia
Rukola (opcjonalnie)
Czosnek

 

Pomidory kroimy w duże kawałki, pieczywo rwiemy, kroimy cebulę, czosnek siekamy drobno. Dodajemy pokrojone fileciki anchois i oliwki. Wszystko mieszamy (najlepiej dłońmi). Zalewamy sosem z oliwy i cytryny. Solimy i pieprzymy. Dodajemy bazylię i rukolę. Mieszamy, mieszamy, mieszamy. Wszystko musi się połączyć z sokiem z pomidorów oraz z sosem (chleb wchłonie sos i dzięki temu zmięknie). Całość odstawiamy do lodówki na co najmniej godzinę. Przed podaniem - wystawiamy z lodówki odpowiednio wcześniej, żeby sałatka zdążyła się ogrzać (nie ma nic gorszego, niż zimne pomidory).




 A w całym mieszkaniu pachnie dziś groszkami - nie mogłam się im oprzeć.


środa, 18 lipca 2012

Krem z pieczonych pomidorów

Wróciłam z urlopu i co sił w nogach pognałam na Halę Mirowską w poszukiwaniu pomidorów, nie zważając na niesprzyjające warunki pogodowe. Z tymi pomidorami to sam kłopot, bo to niby warzywo, a jednak owoc, w dodatku jagoda i to z rodziny psiankowatych. Te, które zobaczyłam na hali ani trochę nie zadawały się być psiankowate, wręcz przeciwnie. Było ich mnóstwo: malinowe, koktajlowe, na gałązkach, kuliste, podłużne i w kształcie serc, do tego w różnych odcieniach czerwieni, od jasnych wpadających w róż, po głębokie krwiste barwy.
Jeśli chodzi o pomidory to  uważam, że sposób w jaki się je pokroi, wpływa na ich smak. Mam tak i już! I będę się przy tym upierać! Ćwiartki pomidora smakują inaczej niż plastry, a pomidory pokrojone wzdłuż zupełnie inaczej niż te w poprzek. A taki pomidor pieczony, to już zupełnie inna kategoria i kolejny temat do rozległych rozważań. Pieczenie cudownie koncentruje smak i wydobywa słodycz. Pomidory najlepiej piec w niezbyt wysokiej temperaturze i pozwolić im wystygnąć w piekarniku.
Tym razem kupiłam podłużne i niezbyt duże, dojrzałe i bardzo słodkie. Kilogram kosztował  dwa złote. Postanowiłam zrobić z nich zupę. Biorąc pod uwagę fakt, że warzywa z których zrobiłam bulion dostałam, (z pewnego bardzo ekologicznego źródła) talerz zupy kosztował naprawdę niewiele, a zupa była, nieskromnie mówiąc, wybitna. Poza tym pomogła mi przeboleć, że urlop już się skończył  i skupić się na "tu i teraz" jak to mądrze radzą wszyscy psychologowie i psychoterapeuci w gabinetach i pismach dla pań. Nie smuciło mnie zupełnie, że w Warszawie za oknem lipcopad, a nad Bałtykiem różowe zachody słońca, że znowu trzeba rachunki i karty kredytowe, że klimatyzacja i korpoświat.


 Składniki
1,5 kg podłużnych pomidorów
3 ząbki czosnku
kilka gałązek świeżego tymianku
garść świeżych listków bazylii
łyżeczka cukru trzcinowego
pieprz
sól morska
oliwa
litr bulionu warzywnego


Pomidory kroimy na pół. Połówki układamy na blaszce. Na pomidorach układamy plasterki czosnku i gałązki tymianku, posypujemy pieprzem, solą i odrobiną trzcinowego cukru, skrapiamy oliwą. Pieczemy ok. dwóch godzin w temperaturze 170 stopni, następnie pozwalamy pomidorom stygnąć w piekarniku przynajmniej przez godzinę. Oddzielamy miąższ pomidorów od skórek (po upieczeniu nie powinno to przysparzać trudności), wrzucamy do blendera i miksujemy z garścią świeżej bazylii i świeżym tymiankiem. Uzupełniamy bulionem i ponownie miksujemy. Jeśli trzeba solimy i dodajemy świeżo zmielony pieprz. Zupa doskonale smakuje z dodatkiem płatków parmezanu lub grzankami.

piątek, 13 lipca 2012

Koktajl raczej blady, czyli piątek trzynastego

Dziwaczny poranek w piątek trzynastego zaczęłam zupełnie zwyczajnie - od włączenia radia, a tam Wojciech Mann i dawno nie słyszany szwedzki Elvis (jeśli jeszcze ktoś go nie zna, to radzę posłuchać, bo nikt tak pięknie i wdzięcznie nie trafia w ton i nie nadąża za rytmem piosenki).
Wyjrzałam przez okno - słońca brak, jakieś chmury, raczej chłodno. Natchnęło mnie to do zrobienia koktajlu - wprawdzie bardzo bladego - bo w takim byłam nastroju, ale niesamowicie pysznego.
Myślałam, że "piątek trzynastego" to zwykły dzień, a przesąd związany z tym dniem, to zwykła bujda. Otóż chyba jednak tym razem los okazał się dla mnie okrutny, czego skutki odczuwam nadal. Zwykła przeszkoda - z pozoru tylko niegroźna - pokonywana każdego dnia - dziś okazała się być wyjątkowo niebezpieczna, a wielki guz na głowie, będzie mi jeszcze przez kilka dni przypominał, o tym traumatycznym przeżyciu.
Nie omieszkałam wszystkim dziś o tym opowiedzieć - czym wprawiłam niektórych w bardzo dobry humor. Warto było przyjąć ten cios na głowę, żeby zobaczyć niepohamowany śmiech M. (bezcenne!)


A wracając do koktajlu polecam dwie jego wersje: brzoskwiniową (maślanka, jogurt naturalny, kropla esencji waniliowej, brzoskwinie ufo, płatki migdałowe, syrop z agawy) i melonową (gęsty jogurt naturalny, melon, syrop z agawy, ziarno sezamu). Wszystko wrzucamy/wlewamy do blendera i miksujemy, a potem rozkoszujemy się smakiem - pychota (i antidotum na piątek - trzynasty dzień miesiąca).

A skoro mowa o ufo, to przyznam, że od jakiegoś czasu uzależniona jestem od nowego singla L.Stadt - do odsłuchania tutaj

wtorek, 10 lipca 2012

Ryba wędzona w wersji na kanapkę

Być nad morzem i nie jeść ryb? Być w rybnym zagłębiu i nie przywieźć w walizce pamiątki z wakacji, w postaci słusznej porcji wędzonego łososia i dorsza? I tylko żal duszę ściska, że jedyne, co może zaproponować turyście nadmorska miejscowość, to ryba smażona w panierce. A jak już uda nam się cudem znaleźć rybę z grilla, to i tak muszą coś popsuć (np. posypać granulowanym - czyli wyjątkowo paskudnym- niby - czosnkiem). Dlaczego statystyczny Polak nie żąda czegoś więcej? Przecież ze świeżej ryby można w prosty sposób wyczarować cuda. To jest po prostu skandal.
Na szczęście wędzona wersja ryb - mimo że mniej zdrowa - cieszy podniebienie, bo jest pyszna i zupełnie nie przekombinowana.


Dziś moja kuchnia na kolację serwuje kanapki z chleba razowego z kozim serkiem, z dodatkiem chrzanu i z wędzonym łososiem na rukoli. Wszystko dodatkowo i obficie potraktowane świeżo mielonym pieprzem. To jest to!!!!
A jutro nastąpi dalszy ciąg programu.

niedziela, 8 lipca 2012

Wino z lekką nutą lawendy

Hitem ostatnich dni okazała się lawendowa wersja francuskiego kiru. Oczywiście kir, to koktajl, którego składnikami są: białe wino i likier porzeczkowy, ale wersja (inspirowana kirem) zaproponowana przez Panią W. okazała się być oszałamiająco dobra (zwłaszcza w gorący, letni, lipcowy wieczór).
Zadanie na pierwszy rzut oka wydaje się proste. Potrzebujemy jedynie butelkę wytrawnego białego wina (dobrze schłodzonego) i syrop lawendowy (z którym w Polsce może być jednak problem, ale we Francji już nie. Najlepiej więc mieć tam swojego człowieka).
Połączenie tych dwóch smaków jest wyjątkowe. Każdy, kto kocha zapach lawendy i lubi białe wino, powinien spróbować tej mieszanki.
Powiem szczerze, że można oszaleć na puncie "lawendowego wina".

Składniki:
Białe wino (wytrawne)
Syrop lawendowy

Proporcje na jeden kieliszek: 1/4 syropu, 3/4 wina



Początek lipca, czyli Open'er, "Anioły w Ameryce" i morza szum...

Niektórzy pytają mnie z niepokojem skąd ta cisza na blogu? Czy to już koniec? Czy zabrakło pomysłów, chęci, przepisów? Dementuję wszystkie ewentualne plotki.

 

Powód chwilowej ciszy jest prosty (dla wielu zupełnie oczywisty i uzasadniony). Każdego roku o tej porze jestem tam, gdzie jestem, a raczej być powinnam. Jadę na północ. Zmieniam rytm dnia: nocą słucham muzyki (czasem nawet skaczę, tańczę i robię nóżką fik). Pokonuję kilometry między poszczególnymi scenami. Z własnej i nieprzymuszonej woli taplam się w błocie. Jem śniadanie o pierwszej lub drugiej w nocy, a na obiad nie mam czasu.
W tym roku - pierwszy raz w życiu - oglądałam spektakl w samo południe. "Anioły w Ameryce" były wystawiane przez cztery Open'erowe dni. Siedziałam na schodach tuż przy scenie i przez ponad pięć godzin chłonęłam sztukę, mimo iż była wystawiana w trudnych warunkach, bo praktycznie w szczerym polu.
A potem było już tylko słońce, morze, objadanie się rybami, wieczorne siedzenie na plaży we wspaniałym towarzystwie, odkrywanie nowych smaków (jak chociażby białe wino z syropem lawendowym - mniam!), maszerowanie bladym (a raczej mgławym) świtem po nadmorskich szlakach w poszukiwaniu przylądka Rozewie i inne atrakcje, które pozostaną naszą słodką tajemnicą


Mój świat chwilowo zwariował. Ostatnie cztery dni były cudowne, więc mam nadzieję, że to tylko początek wspaniałego lata.
Drodzy Państwo - towarzysze ostatnich dni - wielkie dzięki za wspólnie spędzony czas. Szczególne podziękowanie dla Pani W. za tradycyjne przygarnięcie, czyli za wikt i opierunek, ale nie tylko!!!


A Sigur Ros już na zawsze będzie mi się kojarzył "Aniołami w Ameryce" Warlikowskiego.

poniedziałek, 2 lipca 2012

Mus śmietankowo - czekoladowy z borówkami

Niektórzy są już nad morzem. Ćwiczą jogę na plaży (ze szczególnym uwzględnieniem pozycji: "pies z głową w dół"), jedzą ryby (przekraczając w ten sposób normy ich spożycia dla statystycznego Polaka) i ładują baterie słoneczne, jak tylko się da.
Inni natomiast już, już prawie wyruszają na północ (jak każe pewna świecka tradycja, której celem od paru ładnych już lat są Babie Doły). Zanim to jednak nastąpi musi jeszcze upłynąć chwila. W tak zwanym międzyczasie, siedzę sobie w swoim tajemniczym ogrodzie - pod lipą. Cieszę się jej cudownym zapachem. Spalam sobie kolana, nie czując, że słońce agresywnie się z nimi rozprawia. Wcinam czereśnie, czytam, słucham śpiewu ptaków i brzęczenia pszczół. Gapię się w niebo.


I tak radośnie i niespiesznie spędzam sobotę i niedzielę razem z Panem G. Na śniadanko grzanki z masłem i miodem, do tego kubek kawy. Na obiad pierogi z jagodami, które zostawiła dla mnie przed wyjazdem Pani E, a na deser mus z borówkami (z własnego ogrodu). Gdy go zajadam, czuję się jak bohaterka "Dziewczyn do wzięcia", dla której nadmiar kremu sułtańskiego stał się problemem, a koniec katastrofą. Ze mną jest inaczej, bo lubię mus z białą czekoladą, a ponadto wiem, kiedy powiedzieć pas i nie przekroczyć tej cienkiej granicy.

 
Mus śmietankowy z białą czekoladą
300 ml śmietany kremówki
1 tabliczka białej czekolady
garść borówek amerykańskich
kilka listków mięty


Śmietanę ubijamy mikserem na sztywno (nie dodajemy cukru!). Czekoladę rozpuszczamy w kąpieli wodnej, a następnie lekko studzimy. Dodajemy do ubitej śmietany i mieszamy delikatnie rózgą. Przekładamy do pucharków i obsypujemy obficie borówkami. Dekorujemy listkami mięty. Odstawiamy do schłodzenia lub - jeśli nasza silna wola okaże się być wyjątkowo słaba - zjadamy natychmiast.

Dobrze, że jest takie miejsce. Dobrze, że jest taki tajemniczy ogród...

Porzuć miasto i chodź... Musisz tu przyjść